czwartek, 31 sierpnia 2017

Broken. Rozdział 6

"Tym cudem jestem ja."

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, że nazwanie kogoś bohaterem może być zbrodnią? Przypisanie mu cech człowieka doskonałego, albo wspiąć się o poziom wyżej i mianować go aniołem? A od czasu zauważenia - podkreślam - zauważenia jego heroicznego czynu, który może być dajmy na to zwykłym wezwaniem pomocy dla poszkodowanego, wyciągnięcie kobiety, najlepiej w ciąży, z palącego się samochodu... od tego wyczynu jest dla nas niemal niedoścignionym wzorem.
Lecz czy nie tak powinna wyglądać codzienność? Czy będąc w obliczu zagrożenia nie powinniśmy mieć pewności, że ten który przechodzi obok nas z pewnością zaraz pośpieszy z pomocą? Czy zatem obowiązek może być heroizmem?
Ależ może. Lecz gdy nim bywa, zazwyczaj zostaje niedostrzeżony. I znów pętla się zamyka - postrzegany jest jako obowiązek.
Bo spójrzmy na lekarzy, dajmy na to. Ratowanie ludzkiego życia należy do ich codzienności. Nikt przecież do tej pory nie nazwał przedstawiciela tego szlachetnego zawodu otwarcie bohaterem. Heroizm nie ma tam miejsca, lekarz wszak otrzymuje za to zapłatę. Niesamowite, prawda? Pieniądz zmazuje dobry uczynek i degraduje człowieka, który ratuje nas swoją wiedzą, do poziomu sługi, mającego obowiązek nas kurować.
Bywało nie raz, że jakiś pacjent, zapewne w przypływie chwili, wyznał doktorowi, że ten uratował mu życie. Specjalista, już mam to przed oczami, uśmiechnął się po nosem uprzejmie i bez słowa ruszył do sterty dokumentów, którą w nagrodę będzie musiał wypełnić. I na jeden dzień życie lekarza stało się lepsze, ktoś w końcu zauważył, że lata studiowania anatomii i fizjologii dają narzędzie do wyleczenie pacjenta z kataru, a może czegoś więcej.
Czegoś więcej dokonywał przynajmniej jeden mężczyzna, jeden chirurg, który stał właśnie nad ciałem pacjenta leżącego na intensywnej terapii. Pochylił się nad łóżkiem, opierając dłonie o zimne barierki. Westchnął ciężko, czekając aż chłopak otworzy oczy.
- Witaj po właściwiej stronie. Na którą... - odruchowo obejrzał się za siebie, spoglądając krótko na matkę młodzieńca za drzwiami - sam cie sprowadziłem. - dodał nieskromnie, marszcząc brwi, gdy jego spojrzenie analizowało operowanego.
- Profesorze... - zignorował upominający ton starszej pielęgniarki.
- Wiesz gdzie jesteś? - zaczął w końcu od standardowej procedury sprawdzania przytomności. Chłopak rozglądał się chwilę po pomieszczeniu, starając się zebrać resztki myśli do kupy.
- W szpi... szpitalu - szepnął
- A jaki mamy dziś dzień? - oczekując kolejny moment na odpowiedź, sam zaczął się zastanawiać jaka jest poprawna. Był wykończony, nie pamiętał kiedy dokładnie zaczął pracę i która to już doba jego dyżuru. Lecz nie dawał po sobie tego poznać i gdy tylko padł z ust ofiary wypadku jeden z dni tygodnia, on machinalnie przytaknął, uznając, że nawet jeśli młodzieniec się pomylił, to miał do tego prawo.
- Brawo. - odparł, odbijając się z trudem od barierek. - Miałeś szczęście. Nie ubyło ci niczego, prócz krwi. Śledziona nadal dla ciebie pracuje. Chociaż... - dodał widząc zdziwienie na twarzy chłopaka - ty pewnie nawet nie wiedziałeś, że ją masz. - odwrócił się, mijając stojącą za jego plecami kobietę w białym fartuchu. Wiedział, że to ona przejmie za niego część obowiązków, poinformuje pacjenta dlaczego właściwie znalazł się w szpitalu. Pielęgniarka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że profesor aktualnie odbywa swoją trzecią dobę pracy, bez snu.
Wyszedł z sali, nie zauważając stojącej za drzwiami zrozpaczonej matki młodego pacjenta.
- Profesorze! - zatrzymał się. Spojrzał ku górze, wzdychając przy tym ciężko.
- Słucham. - odwrócił się.
- Czy on... - kobieta dotknęła dłonią szkła, które dzieliło ją od syna. Na jej mokrej od płaczu twarzy pojawiło się pragnienie nadziei. - wyjdzie z tego?
- Łazarz... - przymknął na chwilę oczy, trudno stwierdzić czy był to efekt zmęczenia, czy też zamierzone porównanie - to znaczy pani syn... - poprawił się. - nieprędko wróci do wspinaczki.
- Nawet na to nie pozwolę! - zaprzeczyła od razu - Przez te jego głupie hobby mógł stracić życie.
Kobieta zdawała się nie widzieć już niczego poza własnym dzieckiem i przyklejona do szyby, wpatrywała się w ledwie dostrzegalne ruchy klatki piersiowej młodzieńca.
- Może pani do niego wejść. - dodał, choć nie był pewien czy był usłyszany. Odwrócił się powoli i wolnym krokiem ruszył gdzieś przed siebie korytarzami szpitala. Nogi same zaprowadziły go do dyżurki lekarskiej. Tam znalazł kanapę, na której już wiele razy planował przespać choć godzinę lecz nie było mu dane. Gdy tylko się do niej zbliżał, jakby jakieś fatum krążyło nad owym narożnikiem, dostawał wezwanie na blok. Cóż, długi weekend zawsze zwiastował pełen grafik na operacyjnej.
Dlatego teraz jakby z niepokojem zbliżał się do owego mebla, czując już że nie może być tak pięknie i lada moment jego telefon rozdzwoni się, wyłapując jego potrzebę snu oraz - żeby tradycji stało się zadość - zapobiec mu.
  - O! Panie profesorze! – warknął z irytacją kiedy usłyszał za plecami głos pielęgniarki.
- Czego?! – wrzasnął bardziej, niż mogła się tego kobieta spodziewać. Zamilkła na moment, wahając się przez chwilę, czy aby na pewno chce poprosić lekarza. Ale dobro pacjenta przede wszystkim. Myśląc o tej zacnej dewizie, wzięła głęboki wdech i dokończyła nieśmiało.
- Doktor Pietrzak prosi konsultację na sali operacyjnej. – kobieta zacisnęła usta, wyczekując reakcji impulsywnego profesora.
Ułożył lewą dłoń na blacie biurka, lekko wspierając się o nie. Całe szczęście że było obok. Jego wynędzniały wygląd rzucał się w oczy od razu, do tego światło jakby specjalnie oświetlało jego twarz pod takim kątem, że widoczne były na twarzy wszystkie bruzdy, a nawet te szare cienie pod oczami.
Kolejny raz zastanowiła się, czy nie lepiej byłoby zadzwonić po innego chirurga.
- Panie profesorze, wszystko w porządku? – oczywiście, że nie było. Ale jej strach przed kolejnym wybuchem nakazał na początek zapytać. W każdej innej sytuacji od razu podłączyłaby kroplówkę, kazała położyć się, a może nawet wysłała do domu. Nie raz widziała lekarzy, którzy po wielogodzinnych dyżurach po prostu padali ze zmęczenia.
- Proszę jej przekazać… albo od razu niech pani powie, że mnie nie znalazła. – Po pierwsze nie szkodzić. Zastanawiał się czy jego odmowa bardziej przysłuży się pacjentowi, czy jemu samemu. Śmiał sądzić, że jego obecność na sali operacyjnej nie jest tak niezbędna, jak wszyscy przypuszczali. Zdawał sobie sprawę ze zdolności doktor Pietrzak. Już ona potrafiła zarządzić na bloku. Pewnie chciała tylko potwierdzić swoje przypuszczenia. Poza tym… Adam powinien się już pojawić. Na pewno będzie się cieszył z tego, że od razu wejdzie w ogień pracy.
- Jak to…
- Tak to! Nie no… czy nawet ostatniej godziny człowiek nie może spokojnie przespać? – jęknął bardziej do siebie, niż do zaniepokojonej jego wyglądem kobiety.
- Źle pan wygląda. – zaryzykowała. I choć na chwilę w jej piersi brakło powietrza, to gdy spostrzegła że Falkowicz zupełnie niczego nie robił sobie z jej komentarza, dokończyła. -  Musi pan odpocząć.  – dodała po chwili.
Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami, z których ciskały gromy.
- Proszę mi oszczędzić z łaski swojej tej medycyny w wersji pop. – odbił swoją zaciśniętą już pięść od śliskiego blatu. Jego postać, teraz tak mizerna i przygarbiona, chwiała się lekko jak dziecko, które ma stawiać pierwsze kroki. Lecz, Falkowicz już o tym wiedział, próba ta nie powiodła się, mięśnie nie były gotowe na taki wysiłek. Nie utrzymał się w pionie. Jakiś odruch zdecydował za płuca, żeby na chwilę nabrać  jeszcze nieco powietrza, niczym jak przed skokiem do wody. Oczy spowiła mgła, pogodził się z bezsilnością i runął na kolana, ciągnąc za sobą bezwładny tułów, który tak jak reszta, upadł na podłogę.

Dziewczynka weszła powoli do starego budynku na obrzeżach miasta. Wzdrygnęła się, kiedy jej ciało otulił chłodny powiem wiatru. Miała na sobie tylko cienką podkoszulkę, choć mama uprzedzała, żeby ubrała się cieplej, nadchodziły przecież jesienne dni.
Objęła się rękoma, jakby chciała przykryć nimi całą powierzchnię skóry, która najbardziej była podatna na utratę temperatury. Spojrzała jeszcze raz w górę. Wysoki ten budynek. Ponoć kiedyś miała tam powstać firma transportowa, lecz ktoś porzucił interes, zostawiają środowisku pusty szkieletor.
Pięła się schodami, naliczyła ich ze sto czterdzieści, potem zgubiła rachubę. Na przedostatnim piętrze zatrzymała się. Zawahała się na moment, rozglądając się dookoła.
Był tam? A może przeniósł się w inne miejsce? Mimo lekkiego strachu, jaki zaczęła odczuwać na widok ciemnych zakątków tego miejsca, ruszyła w końcu wolnym krokiem, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu chłopaka.
- Jesteś tutaj? - odpowiedziało jej tylko echo. Miała zawracać, zawiedziona, że zmarnowała tylko czas, że uciekł. Lecz zamarła na moment, gdy usłyszała za sobą jakby kamień, który potoczył się pod jej nogi.
- Czego chcesz? - był. Odetchnęła, gdy zdała sobie sprawę, że to on.
- Pogadać. - uśmiechnęła się nieznacznie, czekając na jego reakcję. Milczał przez pewną chwilę, jakby ważąc słowa w myślach.
- Nie mamy o czym. - odparł w końcu. - Spadaj stąd. To nie miejsce dla takich jak ty.
Chudy, wysoki jak na swój wiek chłopak, o imieniu Szymon, to właśnie jego szukała Matylda. Czarna czupryna i ciemne brwi, zdecydowanie pasowały do jego mrocznego życia. Ręce, jakby bezwładnie zwisające wzdłuż ciała, skłaniały do zadania sobie pytania - ile tego życia owy chłopak rzeczywiście w sobie miał.
- Nie wydałam cię. - postawiła sprawę jasno, bo wiedziała, że pewnie dlatego chłopak zerwał z nią kontakt.
Ten prychnął tylko, przez moment zerkając na nią, a w spojrzeniu miał pogardę do niej. I coś jeszcze. Jakby... rozczarowanie?
- Przysięgam! Nikomu nie powiedziałam! - jej głos rozniósł się po całym piętrze. - Nie wiem skąd wiedzieli o tym wszystkim... przecież nawet ja nie wiedziałam co to dokładnie było. - dodała niepewnie. Chłopak znowu zamilkł.
Nie chciał wplątać tej dziewczyny do swoich interesów, do jego sposobu na przeżycie. Ale zaintrygowała go. Nie przypuszczał, że znajomość z tą smarkulą okaże się tak ciekawa. Dopiero potem dowiedział się, że była to córka pani mecenas i wpływowego profesora medycyny. Nim zdążył zareagować, mieli w kryjówce najazd policji. Znaleźli prawie wszystko, nie zdążyli ukryć towaru. Całe szczęście nie handlowali kilogramami, ale wystarczyło, żeby zagroziło im kilka lat odsiadki.
- Powiedz mi cwaniaro... - marszcząc ze złości twarz podszedł dwa kroki bliżej. - Jakim kurwa cudem dowiedzieli się o nas?
- Naprawdę się wiem! - jęknęła w końcu żałośnie.
- Wszyscy myślą, że ja sypnąłem! - wykrzyczał jej w twarz. - Moi kumple poszli siedzieć, a na mnie wydali wyrok. - nie śmiała podnieść wzroku, kiedy ten utkwił w niej swoje przekrwione spojrzenie. - Zabiją mnie, kumasz? - dodał stojąc tuż obok niej. - Jak psa.
Roztrzęsiona wybuchem złości przyjaciela, za którego miała go przez tyle czasu, łkała po cichu, nie wiedząc dlaczego on nie chce jej uwierzyć. Chciała wyjaśnić to, co dręczyło ją przez tyle czasu, ale on był uparty. No i miał ją za wroga. Za późno zdała sobie sprawę z tego jak niebezpieczne jest jego życie i jak groźny potrafi być on sam. Ale mimo wszystko...
Podniosła na niego swoje przeszklone oczy.
- Przecież wiesz, że to nie ja. - niemal szepnęła.
Spojrzał na nią zaciskając zęby, aż w końcu odwrócił wzrok.
Odwrócił się od niej, patrzyła jak oddala się wolnym krokiem w głąb budynku, kopiąc po drodze kawałki odpękniętego betonu. Jego czarna skórzana kurtka wisiała na jego ramionach niechlujnie i podrygiwała razem z ramionami.
Odwrócił się bokiem.
- Może i nie ty. Ale ja jestem już martwy. Ty, jeśli się nie odczepisz, też będziesz.


No więc...
Mamy profesora na dyżurze. Długim. Pytanie dlaczego? Wątek nie bez przyczyny, odpowiedź w następnym rozdziale. :)
No i Matylda. Sprawa która rozpoczęła opowiadanie niby przycichła, niby nie było o niej wspomniane, ale takie rzeczy nie mogła zginąć i muszą być wyjaśnione. Matylda trochę przez przypadek wplątała się w poważne kłopoty. Jeszcze nikt o niej nie wie, jeszcze jest cicho... ale potem?




poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Broken. Fragment rozdziału 6.

  "(...)
- O! Panie profesorze! –
Warknął z irytacją kiedy usłyszał za plecami głos pielęgniarki.
- Czego?! – wrzasnął bardziej, niż mogła się tego kobieta spodziewać. Zamilkła na moment, wahając się przez chwilę, czy aby na pewno chce poprosić lekarza o pomoc. Ale dobro pacjenta przede wszystkim. Myśląc o tej zacnej dewizie, wzięła głęboki wdech i dokończyła nieśmiało.
- Doktor Pietrzak prosi konsultację na sali operacyjnej. – kobieta zacisnęła usta, wyczekując reakcji impulsywnego profesora.
Ułożył lewą dłoń na blacie biurka, lekko wspierając się o nie. Całe szczęście że było obok. Jego wynędzniały wygląd rzucał się w oczy od razu, do tego światło jakby specjalnie oświetlało jego twarz pod takim kątem, że widoczne były na twarzy wszystkie bruzdy, a nawet te szare cienie pod oczami.
Kolejny raz zastanowiła się, czy nie lepiej byłoby zadzwonić po innego chirurga.
- Panie profesorze, wszystko w porządku? "


Mały fragment z przyszłego rozdziału.
Falkowicz nie tylko gubi się w sytuacji ale jak na niego przystało - musi jakoś działać, jakkolwiek byle nie siedzieć bezczynnie.
Jak tym razem? Jak za starych czasów.
No i rozwiniemy dawno uciszony wątek. Matyldy ;)




niedziela, 13 sierpnia 2017

Niestety z powodów zależnych i niezależnych ode mnie - a zatem wielu - muszę ogłosić przerwę w pisaniu na blogu, miesięczną.
Gdy tylko zbiorę siły, wrócę. Ale na razie muszę Was przeprosić.
Nie zostawię opowiadania, nigdy nie zostawiam.

Trzymajcie się!

niedziela, 30 lipca 2017

Broken. Rozdział 5

Jak cisza przed burzą...


Trzasnęły drzwi wejściowe. Andrzej oderwał w końcu zamyślone spojrzenie znad krzesła po drugiej stronie stołu i czekał na pojawienie się żony. Kobieta ukazała się jego oczom po chwili, lecz nie raczyła na niego spojrzeć. Uśmiechnęła się do córki, która z zaciekawieniem przyglądała się matce.
- Zbieraj się. Odwiozę cię do szkoły.
- Ale mamo, jest jeszcze za wcześnie.
- To poczekasz chwilę, choć. - uparcie stawała na swoim. Prawdziwe jej intencje nie były dla nikogo tajemnicą. Falkowicz uważał, że Kasia ucieka przez awanturą, jaką miał w planach jej urządzić za to, że nie dostosowuję się do jego ustaleń, robi coś za jego plecami. Można by rzec, że właściwie mężczyzna miał rację gniewając się na żonę. Choć... realia bywają takie, że mężczyźni przyłapani na zdradzie korzą się przed swoimi wieloletnimi partnerkami, starają się o wybaczenie.
Andrzej był jednak inny, mówił co miał na myśli. Bez zbędnego owijania w bawełnę.
Cały ich układ był inny.
Smuda w swoich myślach dokładała jeszcze jeden zamiar. Wiedziała, że on będzie czekał, rozmyślał. Chciała go zadręczyć samym czekaniem. Typowa kobieta. Wszak zemsta powinna być słodka.
- Kaśka! - nawet nie się odwróciła. Wyszła tak szybko jak pojawiła się, zabierając ze sobą plecak dziewczynki. Mała pobiegła do swojej sypialni, by szybko ubrać się w strój przygotowywany każdego dnia poprzedniego, czego nota bene nauczył ją ojciec, który wiecznie narzekał na guzdrającą się pociechę, kiedy on spieszył się do pracy. Tak więc zaledwie chwila minęła, kiedy Matylda wybiegła, jak z procy, nie rzucając do niego nawet krótkiego słowa pożegnania.
W tamtej chwili poczuł, że je traci. Jedna myśl, wyobrażenie, że pewnego dnia mogą tak wyjść i już nie wrócić sprawiła, że poczuł ból.
Tracił panowanie nad sytuacją. Wszystko wymykało się spod kontroli. Ale nawet najbardziej rozgarnięty człowiek przestanie sobie radzić w obliczu popełniania błędów starych jak świat, a mianowicie... chciwości. Nie można przecież posiadać szczęśliwej rodziny, która żyłaby w zgodzie z kobietą, którą mężczyzna obrał sobie za wybrankę życia. Chciał za wiele, a los musiał w końcu wyrównać rachunki. Bo czy nie jest tak, że jednego dnia ma się wszystko, a następnego wszytko się traci. Bezlitosna zasada, ale w przyrodzie równowaga zawsze musi być zachowana.

Wyobraźcie sobie co dzieje się z gazem wpuszczonym do próżni. Zostaje wessany do niej tak łapczywie i szybko, jakby tego właśnie potrzebowała. I nagle wszystko uspokaja się, kiedy jedyna pożywka zostaje dostarczona. Próżnia zamienia się w ten gaz, a to czym była wcześniej, nie istnieje. Tak jakby jedyne do czego była stworzona, to wchłonięcie... powietrza dajmy na to.
Takim powietrzem dla ludzi może być plotka. Nie jest ważne, czy to o czym się mówi jest prawdą. Ważne jest, aby wypełnić próżnię jak najciekawszym gazem.
Nowy związek Andrzeja Falkowicza, butnego profesora, wiecznego aroganta i piekielnie utalentowanego chirurga, co wzniecało tylko nienawiść wśród współpracowników, stał się manną dla całego szpitala. Ludzie powtarzali sobie to co wiedzą, a gdy to im nie wystarczyło, zaczęli mówić co o tym myślą. Tak o to z czasem zrodziły się także teorie i nieprawdopodobne wersje wydarzeń. Społeczność szpitalna wiedziała o życiu Falkowicza więcej niż on sam.
Naturalnie padł także osąd. Profesor stał się obiektem przekleństw, został okrzyknięty najgorszym z najgorszych, tym który zdradził i porzucił biedną panią mecenas, kiedy ta cały czas dochodziła do siebie po chorobie, jaka ponoć nadal dawała się we znaki Smudzie. Tak sądzili ludzie. Jaka była prawda?
Najgorszym w tym wszystkim było jednak oskarżenie, które dotyczyło córki profesora. Mówiło się, że pierwsze wrażenie było najwidoczniej błędne, że ta cała miłość, która niby biła od Falkowicza przy Matyldzie, była jedynie błędem w ocenie. Ludzie doszli do wniosku, iż... aż trudno w to uwierzyć, ale posądzili go o zwodzenie dziecka. Dziewczynka miała znudzić się profesorowi, tak jak to całe rodzicielstwo. Rozpowiadali nawet że nie kochał biednej dziewczynki, a ta stała się jego kolejną ofiarą. Bezduszny, tym razem wybrał sobie dziecko.
Plotki pozostają plotkami. Są niegroźne, dopóki w społeczeństwie, w jakim są rozsiewane, nie ma kogoś bliskiego ofierze owych pomówień. Tak się składało, że Falkowicz miał w Leśnej Górze brata, niczego nie świadomego, dodajmy. Aż do teraz.
- Dlaczego dowiaduje się ostatni? - Falkowicz, który siedział zamyślony w swym gabinecie, jego jedynym zaciszu, a przynajmniej do tamtej chwili to pomieszczenie nim było, zdawał sobie sprawę z dziwnej atmosfery panującej w szpitalu. Jednak nie sądził, że to on był ofiarą najgorętszych plotek we wspomnianym miejscu.
- Wiktoria przyprawiła ci rogi? - ignorując nagłe wtargnięcie brata do jego zacisza, nie przerywał czytania pierwszej z brzegu dokumentacji medycznej. - Zdradzani zawsze dowiadują się ostatni. Z resztą... chyba jesteście jeden jeden. - zaskoczony nagłym atakiem Adam, zmarszczył mocno brwi, patrząc przez chwilę na brata, by przetworzyć co dopiero usłyszał.
- Byłem pijany! - powtórzył po raz setny. - Z resztą nie o mnie teraz rozmawiamy. Bo z tego co mówisz wynika, że Kaśka jeszcze nie wie o twoim wyskoku. - Andrzej oderwał wzrok od dokumentów, które swoją drogą nie mówiły nic co zajęłoby jego uwagę, spojrzał na Krajewskiego uważnie.
- No właśnie. - dodał młodszy brat, kiedy zdał sobie sprawę, że Falkowicz już pojął do czego on zmierza. - Cały szpital aż huczy od twojego romansu z niejaką panią Aldoną Gronert. - doprecyzował.
Andrzej omiótł wzrokiem korytarz, za szklaną ścianą jego gabinetu i od razu zrozumiał spojrzenia mijanych przez siebie pracowników.
- Niech zgadnę... - obrócił w dłoni pióro. - A ty przyszedłeś uchronić mnie przed zboczeniem na złą ścieżkę. - Adam przewrócił tylko oczami, słysząc jak brat obraca wszystko w ironię.
- Czyli to wszystko jest prawdą. - nie doczekał się odpowiedzi. A miał nadzieję, że profesor jednak zaprzeczy. - Nie ogarniam tego... - pokręcił głową.
Falkowicz milczał. Myślał jedynie o tym, że on tak samo jak jego brat, przestaje ogarniać całą tę nową sytuację.
- To coś poważnego? - zapytał w końcu młodszy.
- Nie spodziewaj się zaproszenia na ślub, jeśli o to pytasz.
- No ale co teraz będzie z dziewczynami? Z Kasią i Matyldą? - Andrzej będąc pod ostrzałem pytań, na które on sam bał się odpowiadać, oparł się o siedzenie, spinając przy tym mięśnie.
- Nic się nie zmieni. Nadal będą częścią mojej rodziny.
- Razem z Aldoną? Może jeszcze zamieszkacie wszyscy razem. - wybuchł w końcu. - Sorry, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że spieprzyłeś wszystko, o co tyle walczyłeś.
- Walczyłem o bycie ojcem dla swojej córki! - wrzasnął w końcu Falkowicz, powodując dreszcz u Adama. - Chciałem mieć dziecko przy sobie, nie prosiłem Kaśki, żeby pakowała mi się do mieszkania! - uderzył pięścią w biurko. Cała frustracja w końcu ukazała się w swej prostocie i dała upust jego nerwom.
- Słyszysz co mówisz? - chirurg spojrzał na Falkowicza z niedowierzaniem. - Ona jest twoją żoną.
- Nic nie rozumiesz...
- Rozumiem. Po prostu ci odbiło na stare lata. - Krajewski wstał nerwowo, zmierzając do końca tej jakże wartościowej rozmowy.
- A jednak to ty jesteś młody i głupi. - spodziewał się kolejnego wybuchu gniewu, a tymczasem Andrzej rzekł to nerwowym tonem i westchnął tylko na koniec z frustracją.
- Co ty możesz wiedzieć... - "o samotności" chciał dopowiedzieć, lecz zawiesił głos. - O niczym nie masz pojęcia.
- Okej. - Adam podniósł ręce w poddańczym geście. - To twoje życie.
- Miło, że zauważyłeś...
- Mam nadzieję że nie będziesz tego żałował. - dodał, łapiąc już za klamkę.
- Nie bądź starszym bratem dla starszego brata. - Andrzej podniósł na niego, swój wymęczony wzrok.
- Uwierz mi, że nie chce braciszku.




Robi się nerwowo. Kaśka robi co chce, Adam upomina brata, a przecież... no umówmy się, ten akurat święty nie jest. Tak, uwzględniam te sytuacje z Oliwią... nie będę wgłębiała się w szczegóły, bo nie śledzę tamtego wątku.
Dlatego Adam nie będzie naciskał na brata, nie będzie dla niego starszym bratem.
Za to ktoś inny zacznie testować system nerwowy Falkowicza. :)

A wy co myślicie?




środa, 26 lipca 2017

Broken. Fragment rozdziału 5.

Na umilenie czekania...


"(...)
- Kaśka! - nawet nie odwróciła się. Wyszła tak szybko jak pojawiła się, zabierając ze sobą plecak dziewczynki. Mała pobiegła do swojej sypialni, by szybko ubrać się w strój przygotowywany każdego dnia poprzedniego, czego nota bene nauczył ją ojciec, który wiecznie narzekał na guzdrającą się pociechę, kiedy on spieszył się do pracy. Tak więc zaledwie chwila minęła, kiedy Matylda wybiegła, jak z procy, nie rzucając do niego nawet krótkiego słowa pożegnania.
W tamtej chwili poczuł, że je traci."



Rozdział powinien pojawić się w weekend ;)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Broken. Rozdział 4

Nigdy nie pogrywaj z kobietami, bo szybko staniesz się pionkiem we własnej grze, nie mając o tym pojęcia. 


Łamanie w kościach - jedyne uczucie, którego był teraz pewien na sto procent. Kark jakby zarósł stalą, a w głowie coś nieubłaganie naciskało na skronie. Podniósł lekko głowę, krzywiąc się przy tym z bólu.
Leżał na niewielkim łóżku, a właściwie na jego skrawku. Przypuszczał, że przez całą noc jego nogi spoczywały poza materacem, gdzieś nad podłogą. Druga połowa, choć mógłby przysiąc że zajmował zaledwie ćwierć owego mebla, była rozgrzebana. Dopiero teraz dotarło do niego, że spał w pokoju córki, która swoją drogą gdzieś zniknęła i nie raczyła obudzić go do pracy.
Zerwał się z zaskakującą energią z kanapy i począł gorączkowo szukać zegarka. Gdy jednak nie mógł go odnaleźć, chwycił do kieszeni swojej marynarki, by wymacać w niej telefon.
Znalazł. I uspokoił się, bo okazało się, że było całkiem wcześnie. Zdąży jeszcze przebrać się, wziąć prysznic, a nawet wypić poranną kawę.
Matylda wyprzedziła jego myśli i zanim tata zdążył opuścić jej sypialnię, ona wracała już do niej, uważając na każdy swój krok, by nie wylać zalanej po brzegi filiżanki z aromatem kofeiny unoszącym się nad nią wraz z parą.
Falkowicz ujrzał swoją córę, gdy tylko wyłoniła się zza białych drzwi. Z rozczochranymi włosami, ale z nader skupionym wyrazem twarzy podążała do niego, przesuwając bosymi stopami po futrzastym dywanie.
- Gdzie masz kapcie? - oczyma wyobraźni już widział, jak mała pociąga nosem, bo chodzi po zimnej podłodze bez choćby skarpetek.
Odebrał od niej filiżankę, nie zdobywając się na słowo "dziękuję". Ale Matylda wcale na to nie czekała. Znała Andrzeja na tyle, by wiedzieć, że troska w jego głosie była czymś więcej niż zwykła wdzięczność.
I choć żadne może nie zdawało sobie sprawy z tego, co podpowiada Wam narrator, to niewątpliwie czuło, że jest ważne dla tego drugiego. Chyba właśnie taki jest synonim prawdziwego uczucia - bezinteresowność.
- Mama jeszcze śpi? - zapytał, kiedy upił łyk. Matylda wzruszyła jedynie ramionami.
- Pojechała gdzieś. - mężczyzna zmarszczył brwi.
- O tej porze? - doskonale wiedział, o której Kasia zaczynała pracę. Chociaż pal licho tę wiedzę... kobieta miała przecież urlop!
- Na jakieś spotkanie czy coś. - zaspana, podciągnęła luźne spodnie pidżamy gdzieś za biodra.
Kaśka to pracoholik, pomyślał.
Ogarnął koc, którym nadal był przykryty i wstał na równe nogi, postanawiając przejść do codziennych obowiązków rodzica.
- Choć dziecko. Zrobię ci śniadanie.
Poranek minąłby w jakże przyjemnej atmosferze, gdyby nie jego przyzwyczajenie, które kazało mu raz jeszcze, tak od niechcenia zerknąć na wyświetlacz komórki.
Brak powiadomień o nieodebranych połączeniach wydał mu się dość dziwny. Aldona na pewno czekała na telefon od niego, przecież obiecał, że zadzwoni. A mało prawdopodobne wydało mu się, że ona sama nie wykonała w końcu choćby jednego połączenia. Zerknął w ich spis i oblał go zimny pot. Dzwoniła. A ktoś odebrał.
- No idziesz tata? - zniecierpliwiona dziewczynka zetknęła na skamieniałego ojca. Ten nie potrafił wydusić z siebie słowa. Właśnie działo się coś, czemu tak długo starał się zapobiec. Nie mogło być już gorzej.
- Andrzej!
- T-tak Matyldziu, idziemy.

Słońce grzało w jej odkryte ramiona. Uniosła twarz do źródła gorących promieni, ale nie ukoiło to jej skołatanych nerwów. Ręce nadal drżały, a na przedramionach wyszła gęsia skórka, mimo wysokiej temperatury. Z przerażeniem uświadomiła sobie, że po karku spłynęła jej teraz zimna kropla potu. Przetarła nagle wilgotne czoło, kiedy przed oczami zrobiło jej się na chwilę biało.
Podniosła dłoń, by wezwać do siebie kelnera. Cichym i jak zwykle uprzejmym głosem poprosiła o szklankę wody. Młody mężczyzna przytaknął głową i zaraz zniknął za drzwiami do wnętrza lokalu, znajdującego się przy głównym rynku Leśnej Góry.
Niezwykle malowniczy było to miejsce. Stare budownictwo, może nawet takie samo jak w każdym polskim centrum miasta, ale był w nim jakiś urok, coś co sprawiało, że czuło się przywiązanie do tego miejsca.
Uśmiechnęła się krótko do kelnera, który postawił przed nią zamówienie i nie zważając na jego zbyt jednoznaczne spojrzenie, napiła się wody, ignorując mężczyznę. Ten czując subtelny smak porażki, przypomniał sobie o obowiązkach i opuścił klientkę.
- Witam. - uśmiech na jej twarzy, ten wymuszony, był ledwie dostrzegalny, być może nawet mylony ze skrzywieniem się pod wpływem rażącego słońca.
Kasia wyciągnęła rękę do siedzącej przed kawiarnią Aldony. Ta kulturalnie odpowiedziała jej tym samym gestem.
Gdy tego ranka dostała telefon od żony Andrzeja, nie wiedziała co ma zrobić. Paraliżował ją strach na myśl o spotkaniu z mecenas. Nie wiedziała czego może się spodziewać, a jedyne co przechodziło jej na myśl to stek oblg w jej stronę od zdesperowanej mężatki, której ona zabierała męża. Bo z zewnątrz tak właśnie to wyglądało. Nikt przecież jej nie uwierzy, że jej związek z Andrzejem jest mocniejszy niż tylko akt prawny, który łączył Kasię i Andrzeja. Państwa Falkowiczów łączyło przecież tylko nazwisko, które prawniczka przybrała tylko i wyłącznie ze względu na biologiczną córkę profesora.
Pisząc się na związek z żonatym mężczyzną, godziła się na trudności, które musiały nadejść. Andrzej próbował uchronić ją przed nimi jak tylko mógł, ale widać nie wszystko potoczyło się po jego myśli. Nie nad wszystkim mógł mieć kontrolę, a jak się teraz okazało - na pewno nie miał jej nad Kasią.
Smuda usiadła naprzeciwko kochanki swojego męża. Zmierzyła ją krótkim spojrzeniem.
Aldona była niewątpliwie urodziwą kobietą. Na oko miała niewiele ponad trzydzieści lat. Wysoka i szczupła, o drobnej budowie, ale postawie zdecydowanie pewnej siebie kobiety. Musiała zatem zajmować jakieś wysokie stanowisko, analizowała na bieżąco Kasia. Miała przyjazny wyraz twarzy, pomyślała nawet że gdyby nie okoliczności, pewnie nawet polubiłaby tą Aldonę. Niestety uprzedzenie wzięło górę.
Długie ciemne blond włosy spadały falami na jej ramiona, nie przykrywając całkiem delikatnie opalonej skóry.
Aldona czując jak słońce grzeje jej twarz, odrzuciła wszystkie kosmyki włosów za plecy, odkrywając delikatną bluzkę w kolorze bladego różu. Miała klasę, tego nie można było jej odmówić.
- Więc to pani. - zaczęła Kasia rzeczowym tonem.
- Nie rozumiem po co to spotkanie. - wytrzymała natarczywe spojrzenie Smudy. - W dodatku w tajemnicy przed Andrzejem. - poczuła jak komórka w jej torebce zaczęła wibrować.
- Do spotkania musiało kiedyś dojść. - odparła od razu. - Wolałam nie zwlekać z poznaniem kobiety, która będzie blisko także mojego dziecka. - panie patrzyły na chwilę sobie w oczy, każda z równie silnym spojrzeniem.
- Rozumiem. - odparła spokojnie Aldona. - Mam się nie zbliżać do małej. - zmrużyła oczy, sama przytakując sobie po chwili. - To będzie trudne. - przekręciła głowę, wpatrując się przez chwilę w Kasię.
- Nie sądzę. - żona Falkowicza uśmiechnęła się dziwnie litościwe. - Myślę, że Andrzej będzie unikał waszych spotkań.
- Nie rozumiem do czego pani zmierza... - zdezorientowana Aldona pokręciła głową, czekając na wyjaśnienia.
- Powiedział ci kiedyś, że to on nalegał na to małżeństwo? - nie doczekała się odpowiedzi, więc kontynuowała. - Matylda miała problemy w szkole. Koleżanki śmiały się z niej, że mama jest... - przełknęła ślinę, po czym ciągnęła na wdechu - wariatką i że nie ma taty. Płakała wieczorami, oboje nie mogliśmy na to patrzeć. Wtedy on wpadł na ten niedorzeczny pomysł. - zaśmiała się w duchu na to wspomnienie. - Ale nikt z nas nie spodziewał się wtedy, że w końcu staniemy się prawdziwą rodziną. Może nie wiązała nas miłość, ale szanowaliśmy się nawzajem. - zatrzymała się na chwilę. - Chcę, żebyś była świadoma tego, czego pozbawiasz Matyldę. - spojrzała blondynce głęboko w oczy, swoje natomiast miała pełne bólu, którego nie potrafiła przez moment ukryć.
Nie dodała nic więcej. Opuściła kochankę męża, pozostawiając ją w osłupieniu. I odeszła. Wróciła do domu, gdzie czekała na nią córka i mąż.




Krótko, ale musiałam zatrzymać się w tym momencie. Nie zgubię wątku. Będzie kontynuacja tych wydarzeń. ;) A konsekwencje niewątpliwie nastąpią :)

Panie i Panowie... na waszą prośbę spróbowałam odszukać zdjęcie, które oddałoby choć trochę moje wyobrażenie Aldony. Śmiało można powiedzieć, że Marietta, aktorka z klasą, świetnie sprawdziłaby się w roli tej postaci ;)
Link dla tych którzy chcą obraz w innej jakości Instagram Marietty




niedziela, 23 lipca 2017

Broken. Fragment rozdziału 4.


"- Mama jeszcze śpi? - zapytał, kiedy upił łyk. Matylda wzruszyła jedynie ramionami.
- Pojechała gdzieś. - mężczyzna zmarszczył brwi.
- O tej porze? - doskonale wiedział, o której Kasia zaczynała pracę. Chociaż pal licho tę wiedzę... kobieta miała przecież urlop.
- Na jakieś spotkanie czy coś. - zaspana, podciągnęła luźne spodnie piżamy gdzieś za biodra.
Kaśka to pracoholik, pomyślał.
Ogarnął koc, którym nadal był przykryty i wstał na równe nogi, postanawiając przejść do obowiązków.
- Choć dziecko. Tata zrobi ci śniadanie.
Poranek minąłby w przyjemnej atmosferze, gdyby nie jego przyzwyczajenie, które kazało mu raz jeszcze, tak od niechcenia zerknąć na wyświetlacz komórki.
Brak powiadomień o nieodebranych połączeniach wydał mu się dość dziwny. Aldona na pewno czekała na telefon od niego, przecież obiecał, że zadzwoni. A mało prawdopodobne wydało mu się, że ona sama nie wykonała w końcu choćby jednego połączenia. Zerknął w ich spis i oblał go zimny pot. "



Taki miszmasz trochę, ale tak jest z fragmentami wyrwanymi z całości.
Rozdział najprawdopodobniej jutro ;)