czwartek, 19 października 2017

Broken. Rozdział 10

- Jesteś pewna? - zapytał po raz kolejny, przeglądając zebraną dokumentację. Jej warunki jakby nie do końca do niego docierały i cały czas miał nadzieję znaleźć pomiędzy nimi mały druczek prawny mówiący "w każdej chwili istnieje możliwość anulowania".
- W naszej sytuacji nie ma innego wyjścia. - odparła, zerkając mimochodem przez jego ramię, na trzymane w jego dłoni dokumenty. Miała wrażenie, jakby mężczyzna chciał w jednej chwili ogarnąć wzrokiem wszystkie strony pozwu na raz. Chaotycznie zmieniane strony i jego ślepo błądzący po tekście wzrok, tylko to potwierdzał. Bo przecież nie musiał czytać, rozwód brał nie pierwszy raz. Szukał jedynie akapitu dotyczącego podziału opieki nad córką. To jedno jeszcze go interesowało, a reszta... choćby Kaśka zapisała tam, że ma jej oddać cały swój majątek, zaufałby jej, bo choć tyle był jej winien.
- Nie podpisuj teraz. - dodała widząc jego dezorientację. - Oczywiście nie proszę cię, żebyś został...
- Dlaczego? - wszedł jej w słowo, lustrując ją nachalnie wzrokiem.
- Andrzej... - pokiwała głową - Doskonale wiesz dlaczego.
- Nie może zostać tak jak jest teraz? - zmarszczył brwi. Nie do końca wiedziała do czego zmierza.
- To znaczy jak?
- Wzięliśmy ten ślub nie z miłości, tylko dla Matyldzi. Nie kochaliśmy się i nigdy nie będziemy, ale córkę nadal mamy.
- Czy ty mi właśnie proponujesz...
- Nie rozwódźmy się. - przerwał jej, kryjąc desperację w swym głosie. - Będziemy małżeństwem, ale każde z nas będzie miało wolność wyboru.
- Chcesz otwartego małżeństwa. - zaśmiała się w głos, nie wierząc w to co sama słyszy. - Czy ty do reszty oszalałeś? Jak ty to sobie wyobrażasz? Będziesz mieszkał z tamtą kobietą a w niedzielę przyjeżdżał z nią na obiadki, rozmawiał o całym tygodniu, w którym nie było cię ze swoją rodziną, mówił nam jak bardzo ją kochasz? - zamilkł na chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
Nie wiedział jak miałyby wyglądać te niedzielne rozmowy, ale liczył na cudowną normalność. Tylko czy to aby na pewno miało rację bytu, jakąkolwiek szansę na powodzenie?
- Wszystko można jakoś pogodzić. - odparł uparcie w to wierząc.
Choć chwytał się brzytwy, próbował walczyć, bo miał przeczucie, że jeśli nie posunie się do dość kontrowersyjnego kroku, straci je. Jeśli choć na moment odpuści, one odwrócą się od niego i już nigdy ich nie zobaczy.
- Tego nie można pogodzić. Masz inną kobietę Andrzej. W normalnych małżeństwach nazwali by to zdradą. - spojrzał na nią ze ściągniętymi brwiami. - I w normalnych małżeństwach byłoby to głównym powodem rozwodów. Więc daj nam szansę na odrobinę normalności, niech chociaż w tej sytuacji będę twoją prawdziwą żoną i pozwól mi od ciebie odejść z godnością. - nie potrafiła na niego spojrzeć, wstała więc z łóżka, na którym dotąd cały czas siedzieli obok siebie. Zrozumiał, że czas zakończyć tę dyskusję. Podniósł się zatem, z poważną miną odrzucił teczkę na nocny stolik.
- Nie dostaniesz rozwodu.
Podniosła głowę, ujrzał jej urażoną minę.
- A to dlaczego.
- Bo jestem twoim prawdziwym mężem. A ty moją żoną.
*
Walizka była już spakowana, obok niej leżała jeszcze aktówka, pełna jedynie najważniejszych dokumentów, tych które musiał mieć cały czas przy sobie.  Nawet jeśli nadgorliwi lekarze wysyłają go na tygodniowy urlop przymusowy. Przez cały czas musiał być obok, na wyciągnięcie ręki. Był niemal przekonany, że jego współpracownicy nie wytrzymają tygodnia, na pewno skontaktują się z nim, by wyjaśnić jakiś problem. Był tam niezbędny. Szczególnie teraz, kiedy prowadził swój projekt. Był niezastąpiony.
Spojrzał kątem oka na Kasię, która popijała kubek czegoś gorącego i wpatrywała się uparcie w jakiś serial. Myślał, że nie cierpi tych łzawych prób kinematografii.
- Po resztę wrócę w tygodniu. - nie zareagowała. Ścisnął dłoń na telefonie, który zawsze musiał być w zasięgu. - Kaśka nie zachowuj się jak dzieciak. - delikatna sugestia miała sprowokować zahipnotyzowaną serialem małżonkę, lecz próba nie powiodła się. Chwyciła kubek w obie dłonie i upiła długi łyk parującego napoju. Delektowała się nim przez niemiłosiernie długą chwilę, aż w końcu odwróciła głowę w stronę Andrzeja.
- Baw się dobrze. - wzruszyła ramionami, powracając do swojej czynności.
Mężczyzna odwrócił się z walizką w stronę wyjścia, zrobił krok i zatrzymał się. Zacisnął zęby, pomyślał przez moment.
Nie wiedział czy powinien wyjść, pozwolić sobie by oddalić się od rodziny, stracić ich z oczu. Nie to obiecał sobie, kiedy pozwolił im ze sobą zamieszkać. Ona i Matylda przebiły bańkę, jaką otaczał się przez całe swoje życie. Ta szklana konstrukcja istniała, by nikt nie zbliżył się do Falkowicza na tyle, by móc go poznać, by móc cokolwiek dla niego znaczyć. Bo przywiązanie się do kogoś zawsze w ostatecznym rozrachunku przynosi cierpienie. Zawsze ktoś kogoś rani, kogoś zostawia, kogoś zobowiązuje, uniezależnia. Człowiek staje się ograniczony, jak niewolnik. Choć nie to było najgorsze. Nieporównywalnie straszniejsze było zawiedzenie się na kimś. Zaufanie mu na tyle, by stracić z oczu sygnały ostrzegawcze i dać się podejść. Bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy egoistami, każdy będzie myślał tylko o sobie, kiedy przyjdzie nam wybierać. Ale istnieje pewna różnica, niesamowita, bo Andrzej był przekonany że to teoria, którą równie dobrze można włożyć pomiędzy bajki. To, w co on nie wierzył nazywało się miłością, szczególnie fascynującą okazała się ta rodzicielska, gdyż ta jedyna spośród wszystkich innych skłania do największych poświęceń. Bo gdy przyjdzie nam wybierać... wtedy jesteśmy w stanie wybrać dla dobra dziecka.
Nie wierzył w to, do niedawna. Sam tak bardzo pokochał Matyldę, że był dla niej gotów poświęcić wszystko. Czasem przerażał go ogrom tego uczucia, bywało że rozmyślał nad tym całymi nocami. Bo on sam nie miał miłych wspomnień z dzieciństwa. Córka pozwoliła mu uwierzyć w to, że mogło być inaczej.
Dlatego walczył, mimo że coraz bardziej osuwał się pod lód. Próbował, choć z każdym kolejnym podejściem był coraz dalej celu. Chciał naprawić to czego jemu zostało oszczędzone. Mieć rodzinę. I nie zawieść jej, tak jak jego zawiedziono przed laty.
- To nic nie zmieni. - widział, jak ślepo błądzi wzrokiem po ekranie telewizora, był przekonany że wcale nie była zainteresowana tamtym serialem. - Wyprowadzę się do Aldony, będę z nią. - zatrzymał się na chwilę. - Ale nasze ustalenia nadal są takie same. Będziemy rodzicami dla Matyldy i zrobimy wszystko by dobrze ją wychować. I weź się w garść bo nic się nie zmieniło. Nasza córka nas potrzebuje. - zacisnął pięść, patrząc na nią natarczywie.
- A co jeśli ja też potrzebowałam ciebie? - spojrzała na niego w końcu wściekła, w kącikach oczu lśniły łzy. - Przez cały czas naszego śmiesznego małżeństwa. - wstała, odważnie kierując się w jego stronę. - Wiedziałam, że nic do mnie nie czułeś, ja też cię nie znosiłam. Zrobiłam to tylko ze względu na naszą córkę. Nie sądziłam, że...
Zmarszczył brwi i rozchylił lekko usta. Kasia zacisnęła na chwilę wargi, wpatrując się w niego z szeroko otwartymi oczyma.
- To zaczęło mieć dla mnie znaczenie. - dodała w końcu. - Ty i ja. - skierowany w jego stronę palec, skierowała na powrót we własną pierś.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
- A co by to zmieniło? - prychnęła.
- Wiedziałbym! Kaśka naprawdę, myślałem że zanim... - teraz nie potrafił wymienić imienia tej drugiej. - że mi ufałaś. Powinnaś była powiedzieć mi o tym.
- O tym... - powtórzyła z ironią. - Kochałam cię idioto. Jesteś moim mężem do cholery! - wrzasnęła. - Co by to zmieniło... - zamknął jej usta, przywierając do nich swoimi wargami. Oszołomiona nie odepchnęła go, biernie przyjmowała pieszczotę jaką on jej zadawał. Gdy jednak dotknął jej tali, obudziła się jak oblana kubłem zimnej wody. Automatycznie odepchnęła go od siebie, a ten w końcu poddał się jej sprzeciwowi.
- Wynoś się. - jej głos podobny był do szeptu, lecz na tyle stanowczy, by mógł jej uwierzyć. Nie patrzyła mu w oczy, unikała jego spojrzenia. Przedramieniem mocno przetarła wilgotne usta. - Już cię nie potrzebuję.





Ciężko mi pisać regularnie i na pewno przez najbliższy czas to się nie zmieni. Przez zajęcia do późna i ogrom nauki, nie ma często czasu ani siły by usiąść i napisać coś sensownego.
Ale jeśli tylko coś się pojawi, postaram się by były emocje. :)






sobota, 7 października 2017

Broken. Rozdział 9

Wierzysz, że mógłbyś zdradzić? Czy mając u boku "swoją osobę", tę od której jesteś tak silnie uzależniony, mógłbyś odpuścić sobie na moment i zapomnieć się w ramionach kogoś innego? Czy wiesz w takim razie, że statystyki... choć liczby nie są tak wymowne, jak wnioski, które z nich wyciągamy. A zatem wnioski są takie, że zdradzamy coraz częściej. I tu pojawia się kolejna matematyka. Statystycznie prawie połowa z nas zdradza. A jeśli związek składa się z dwóch osób... tak, matematyka rzeczywiście mówi wszystko - niemal wszyscy mamy do czynienia ze zdradą.
Tylko czym ona jest? Gdzie się zaczyna, gdzie jest jej granica, skoro nasz ukochany chce nas mieć na wyłączność. Wszystkie czułe lub lubieżne spojrzenia mają być zarezerwowane tylko dla niego. Każdy czuły gest i bezinteresowny czyn powinny być skierowane dla osoby, którą kochasz. Czy nie tak w końcu wygląda związek? Jesteś tylko dla tej osoby, a ona dla ciebie. Czyż nie tak?
Prawda przeważnie bywa brutalna. Tak jest i w tym przypadku. Ludzie, choć od tysiącleci łączą się w pary, tworzą rodziny, lub po prostu płodzą dzieci. Czasem z miłości, czasem z "co ludzie powiedzą". Żyjemy stadnie, nawet jeśli to stado zasłania nam całkiem przystojny osobnik, a może atrakcyjna kobieta. Musimy umieć ze sobą współgrać i pamiętać, że nie tylko nas należy otaczać uprzejmością. Nie bądźmy egoistami. Dajmy temu jedynemu być miłym dla innych, nawet jeśli "ci inni" są cholernie urodziwi. Czyż nie tak brzmiało najważniejsze z przykazanie - nawet jeśli nie wierzysz, powinieneś się mu podporządkować.
Ale pytanie nadal nie zostało wyjaśnione. Bo gdzie zaczyna się zdrada, skoro nie w byciu miłym dla drugiego człowieka? Może w momencie kiedy, od zbyt długo dotyka jej dłoni, może gdy zbyt długo przywiera ustami do jej policzka, a może całowanie wcale nie zalicza się do grzechu cudzołóstwa? Są tacy, którzy twierdzą, że nawet seks z inną osobą nie jest zdradą, jeśli nic nie znaczył dla niewiernej połówki. Bywają tłumaczenia, iż on myślał wtedy o swojej ukochanej, nie o kochance. Ugh... za takie wyjaśnienia powinien sam dobrowolnie poddać się kastracji.
Lecz wracając do punktu wyjścia...
- Nie było fenylometyloaminy. - przetarł brzegiem kciuka czoło. Aldona zmarszczyła brwi, patrząc na niego z ukosa. - To taki hormon... - westchnął, przypominając sobie, że przecież nie ma do czynienia z personelem medycznym. - Hormon Miłości, mówiąc potocznie. - wyjaśnił, spoglądając na nią przez krótką chwilę.
Kobieta zawiesiła na nim swój wzrok, rozchylając nieco usta. Oczy miała niczym pięciozłotówki, a po chwili jakby krew uderzyła jej do głowy.
- Czy ty właśnie próbujesz ze mną zerwać? - taksówkarz spojrzał w lusterko wsteczne, a po chwili trzymając mocniej dłonie na kierownicy, modlił się w duchu, by młoda kobieta nie wpadła w histerię, nie w jego aucie. Gdy skontrolował drogę przed sobą, dał sobie jeszcze jedną szansę na spojrzenie w tył, tym razem na twarz mężczyzny.
- Kotku... - spięty taksówkarz spojrzał na kobietę, a potem znów na profesora.
- W porządku. - pokiwała głową, a kierowca jakby mocniej odetchnła. - Wiedziałam, że w końcu ją wybierzesz. To przecież żona, matka twojego dziecka i dawna miłość. Nie miałam z nią szans, prawda?
- Kochanie...
- Nic nie mów. - drżąc, odetchnęła. - Wiem przecież, że tak jest. I nie bój się, nie będę płakała, zajadała się na kanapie, nie podetnę sobie żył, ani nie przedawkuje leków nasennych. - spojrzała na jego zaskoczoną twarz. - Chyba zatem to nie było nic wielkiego, bo nawet mnie nie obejdzie. - zaśmiała się przez łzy. - Najwyżej opiszę cię w jednej z moich książek i uśmiercę.
- Dasz mi w końcu dojść do słowa!? - tym razem rysy jego twarzy przybrały gniewny wyraz. Taksówkarz otarł strugę potu z czoła, słysząc jak kłótnia przybiera na sile. To miał być dla niego spokojny dzień, skąd mógł wiedzieć, że pierwsze dni w pracy nigdy takie nie bywają?
Aldona spojrzała na kochanka, postanawiając ostatni raz wysłuchać co ma do powiedzenia.
- Mówiłem o mnie i Kaśce. - wyjaśnił żołnierskim tonem. - Nie kochałem Kaśki. - mężczyzna z przodu odetchnął głośno, lecz żadne z pasażerów nie zwracało na niego uwagi. - Przez cały czas w szpitalu myślałem nad tym wszystkim. Przetrwałem już najgorsze - powiedziałem jej o nas. Kaśka nigdy tak naprawdę mnie nie chciała, szybko przejdzie jej złość. A Matylda to najmądrzejsze dziecko jakie znasz, zrozumie mnie. I zdecydowałem, że nie cofnę się teraz.
- Może nie masz już dokąd? - mimo, że serce kołatało jej ze szczęścia, chciała rozwiać wszelkie wątpliwości.
- Nadal mam żonę i córkę. - odparł nieco ciszej. - I zamierzam iść za swoją fenylometyloaminą. - zbliżył się do niej, ujmując jej mokry podbródek. Spojrzał na nią niby pytając o pozwolenie i pocałował jej usta, starając się poprzeć swe słowa czynem.
Taksówka zatrzymała się, a kierowca czekał, aż cała kłopotliwa sytuacja w jaką został wplątany, nareszcie się zakończy.
- Idź już. - szepnęła, kiedy oderwał się od niej.
- Wrócę wieczorem. - zapłacił taksówkarzowi i otworzył drzwi auta.
- Powodzenia! - krzyknęła za nim, choć nie wiedziała czy ją usłyszał. Szedł już w kierunku swojego domu. - Ruszajmy.
*
Nasze życie jest jak ludzki organizm. Należy o nie dbać, a gdy pojawia się choroba, walczymy z nią. Tak jak z każdym napotkanym problemem - należy stawić mu czoła, inaczej czynnik chorobotwórczy rozprzestrzeni się we wszystkich tkankach, zainfekuje organy, upośledzi pracę układów aż w końcu doprowadzi do nieodwracalnych zmian, a na końcu do śmierci. Falkowicz właśnie postanowił walczyć z gangreną, jaka zatruwała jego myśli. Zgnilizna dawała się coraz bardziej we znaki, a z czasem objawiała bólem. Problem należało wyleczyć, odciąć martwiczą tkankę, by nie strawiła całego organizmu.
Szkopuł w tym, że bardzo lubił tę swoją chorą tkankę, nawet jeśli jej kochanie sprawiało mu cierpienie.
- Kaśka? - znalazł ją w końcu w ich sypialni, tej w której od dawna już razem nie sypiają. Jest ich tylko z nazwy.
Siedziała na miękkim materacu, zamykając w ostatniej chwili miętową teczkę. Spojrzała na niego z dziwnym spokojem, uśmiechając się nawet kącikiem ust.
- Przepraszam. - zaskoczyła go.
- Za co? - podszedł bliżej wolnym krokiem, a kiedy już usiadł obok, odpowiedziała.
- Adam dzwonił, wiem co się stało. Miałam przyjechać, ale powiedzieli mi że śpisz. - przytaknął w ciszy, czując ulgę z tego, że jednak tak potoczyła się ta cała sytuacja. W przeciwnym razie groziłoby mu spotkanie dwóch skonfliktowanych kobiet.
- Przyjechałem taksówką. - uśmiechnęła się w ten sam sposób.
- Widziałam. Przepraszam. - odłożyła miętową teczkę na stolik nocny. - Powinnam była pojechać. Chyba odzwyczajam się od bycia twoją żoną. - spojrzała na niego przez moment.
- Proszę cię... porozmawiajmy w końcu jak ludzie. - westchnął, nie uświadamiając sobie jak bardzo był wykończony.
- To nie ja uciekłam do szpitala na trzy dni. - zganiła go jak dziecko.
- Dobrze. Masz rację. - skinął głową. - Nie chce się z tobą kłócić.
- Mamy Matyldę. - wypowiedziała na głos, to co on miał w myślach. Dobrze się rozumieli i choćby ich wspólne życie miało się skończyć, oni musieli odnaleźć tę nić wspólnego języka. To ostanie co im pozostało. I nie mogli tego zaniedbać, należało to pielęgnować jak szczere złoto, tak mocno jak zależy im na dobru córki.
- Nie zabieraj mi jej. Jest najlepszym co mi się w życiu przytrafiło. - spojrzał na nią błagalnie.
- Andrzej... choćbym chciała to nigdy jej od ciebie nie oderwę. - uśmiechnęła się lekko pobłażliwie. - Jesteś jej superbohaterem.
- Byłem. - spochmurniał na nowo. - Do momentu, kiedy dowiedziała się jak bardzo skrzywdziłem jej matkę. - uśmiech kobiety nieco zbladł. Owszem, temu nie mogła zaprzeczyć. Ciężko jej było uporać się z nowymi realiami, kiedy w myślach człowiek układa sobie świetlaną przyszłość. Ale tego dnia uświadomiła sobie, że zawsze była silna, nie może jej złamać po raz kolejny ten sam człowiek i to tym samym czynem. Jest mądrzejsza. I silniejsza.
- Wiesz, że nie możemy dalej mieszkać razem. - spokój w jej głosie pogłębiał uczucie klęski.
- Wyprowadzę się jeszcze dzisiaj. - przytaknął. - Nie będę wam dłużej przeszkadzał. - skupionym wzrokiem, spojrzał na nią. - Co? - wzruszyła ramionami. - Chyba nie myślałaś, że zabiorę wam dom?
- Jest twój.
- Pani mecenas, zawarliśmy przecież wspólnotę majątkową. - uśmiechnął się lekko, unosząc jeden kącik ust. - Jest twój, aż śmierć nas nie rozłączy. - po tych słowach nastała chwila ciszy, a w niej uśmiechy bledły, pozostawiając na ich twarzach zamyślenie. - Jestem ci to winien. - rzekł gardłowo.
- Skoro o tym mowa. - podała mu na ręce ową teczkę. - Ja też jestem ci coś winna.
Zgrabnymi ruchami dłoni odgiął gumkę i odchylił gruby miętowy papier. Odsłonił nagłówek ukazującego się mu dokumentu  i spojrzał na nią zaskoczony.
- Zwracam ci wolność.





A gdybym tutaj zakończyła? Niee zdecydowanie nie rozkręciliśmy akcji.
A tutaj jeszcze będzie się trochę działo. Czym się zakończy? Kto to wie. Na razie oczekujmy nieoczywistego i cieszmy się z dramatów :)








czwartek, 28 września 2017

Broken. Fragment rozdziału 9.

"Wierzysz, że mógłbyś zdradzić? Czy mając u boku "swoją osobę", tę od
której jesteś tak silnie uzależniony, mógłbyś odpuścić sobie na moment i zapomnieć się w ramionach kogoś innego? Czy wiesz w takim razie, że statystyki... choć liczby nie są tak wymowne, jak wnioski, które z nich wyciągamy. A zatem wnioski są takie, że zdradzamy coraz częściej. I tu pojawia się kolejna matematyka. Statystycznie prawie połowa z nas zdradza. A jeśli związek składa się z dwóch osób... tak, matematyka rzeczywiście mówi wszystko - wszyscy mamy doczynienia ze zdradą."


Taki misz-masz. Ale wprowadzimy więcej Aldony i Andrzeja oraz wreszcie Kasia i Andrzej. Temat? Jak wyżej. A zagadnienie zdrady w ich układzie może być ciekawe. No bo jeszcze nikt do tej pory nie krzyknął w komentarzu, że to przecież czysta zdrada... ;) Nic nie sugeruje, ani nawet nie dziwie sie Wam ;)
Po prostu czekajcie do rozdziału ;)
See ya!



sobota, 23 września 2017

Broken. Rozdział 8

 Pielęgniarka z dwudziestoletnim stażem, kobieta o ogromnym doświadczeniu i anielskiej cierpliwości. Pracuje w tym szpitalu od początku swojej kariery i pamięta dziesiątki lekarzy, z każdym choć raz zamieniła kilka zdań, nie zawsze była to fachowa wymiana opinii. Bywało, że wybiegała z budynku z płaczem. Kiedyś. Teraz była silniejsza, albo gruboskórna - jeśli wolicie.
Nadal słyszała niemiłe słowa w swoim kierunku, nie raz mieszano ją z błotem - tak samo pacjenci, jak i lekarze. Kiedyś bezpodstawnie oskarżono... znowu - kiedyś.
Nauczyła się cenić sama siebie, wierzyć w swoje możliwości i zapamiętywać te cudowne chwile kiedy pacjent powracał z tamtego świata. Musiała rejestrować te chwile w swym umyśle, bo gdyby tego nie robiła, zapewne odeszłaby od zawodu.
Nauczyła się także nie brać do siebie sytuacji, w których sfrustrowany lekarz wyżywa się na niej, bogu ducha winnej. Bywało tak przecież nie raz. I nadal będzie.
Niesamowite było w tym wszystkim jednak co innego. Owa kobieta darzyła sympatią profesora Falkowicza, chirurga o sławie bezdusznego i do bólu szczerego, albo wrednego - można stosować zamiennie. Słysząc o nim plotki, jakoby miał porzucić swoją świeżo poślubioną żonę i ukochaną córeczkę dla młodszej kobiety, brała je za oszczerstwa. Może i chirurg nie był najmilszą osobą, może i miał swoje za uszami, ale na Boga... czy byłby zdolny do takiej podłości? Nie wierzyła, aby ktokolwiek był.
Drugą sprawą było to, że nie lubiła plotkować o cudzych sprawach. Życie prywatne nigdy nie powinno rzutować na życie zawodowe. Powinno nas interesować tylko i wyłącznie to jak wywiązujemy się ze swoich obowiązków, jak staramy się dawać z siebie wszystko, dążymy do perfekcji w swoim fachu. Grzechy popełnione poza pracą.., no cóż, kto ich nie popełnia?
Wchodząc do lekarskiego, z tacą w rękach, zachwiała się przy drzwiach, gdy dostrzegła szczupłą blondynkę, głaszczącą profesora po jego zaroście. Twarz miała szczerze zatroskaną, jakby muśniętą grymasem żalu.
Pielęgniarka chwyciła mocniej tacę, na której miała nową kroplówkę oraz cały zestaw zapasowych wenflonów, gaz, koreczków, strzykawek ze solą fizjologiczną i czego tylko może sobie zamarzyć szpitalny pacjent.
Weszła do pomieszczenia, a kobieta przy śpiącym lekarzu jakby nie zdawała sobie sprawy z jej obecności. Do tego także przywykła w ciągu lat swej ciężkiej pracy. Wiła się pomiędzy łóżkami pacjentów, jakby była z przezroczystego szkła, niezauważalna, jakby była elementem wystroju.
W ciszy zawiesiła pełną butelkę na haczyku i podłączyła ją. Kiedy jednak spostrzegła, że mechanizm zawiódł i żadna kropla nie spływała, jak się tego spodziewała, zabrała się do przepłukiwania wenflonu.
- Przepraszam na moment. - kobieta, wzdrygnęła się na dźwięk jej głosu, automatycznie dając jej dostęp do Andrzeja. Blondynka usiadła na krześle obok biurka, które mimo wszystko stało wystarczająco blisko ukochanego. Patrzyła jak pielęgniarka wstrzykuje coś do wenflonu na ręce niczego nieświadomego mężczyzny. Przeniosła wzrok na jego twarz. Spał. Tak spokojnie, jakby nie stało się zupełnie nic. Przez moment zazdrościła mu tej beztroski. Przekrzywiła głowę na bok, ściągnęła brwi. Zastanawiała się czy będzie gotowa powiedzieć mu o swoich zamiarach, kiedy ten w końcu się obudzi. Przecież jeszcze przed chwilą była zdecydowana odejść, dać jego małżeństwu szansę na odbudowanie się. Uwierzyła jego żonie, że mają na to szansę, wtedy kiedy spotkały się trzy dni wcześniej. Do tamtej chwili była przekonana, że ich związek jest w rozsypce, że tak naprawdę nic ich ze sobą nie łączy. Do tamtej chwili. Kasia przekonała ją, że się myliła. Pokazała inną perspektywę, jakże bolesną. Niezależnie od tego, co powiedziałby na to wszystko Andrzej, Aldona wiedziała, że nie doceniła ich więzi. Były znacznie silniejsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, nawet on.
- Gotowe. - pielęgniarka uśmiechnęła się, a raczej zmusiła się do tego gestu wyuczonej życzliwości. Nie słuchała plotek i starała się nie oceniać profesora. Nawet jeśli trochę rozczarowała się nim... to nie miała prawa to osądzania go. - Nie ma potrzeby, żeby pani tutaj siedziała. - dodała, gdy zbierała zestaw. - Profesor będzie teraz spał do wieczora - zmrużyła oczy, pod wpływem wschodzącego słońca. - ...a może i dłużej. - przypomniała sobie jak długo trwał dyżur chirurga.
- Dziękuję, ale zostanę jeszcze chwilę. - usiadła obok niego, kładąc uprzednio jego dłoń, na co raz to wznoszącej się i opadającej klatce piersiowej mężczyzny. - Jak do tego doszło?
Kobieta zatrzymała się w drzwiach.
Aldona przyłożyła swoją dłoń do jego skroni, głaszcząc kciukiem jego włosy.
- Przywieźli nam ciężko ranną dziewczynę, trzeba było operować, profesor przez wiele godzin stał...
- Nie. - przerwała jej. - Nie o to pytam. Chce wiedzieć dlaczego pracował przez tyle godzin. - pielęgniarka nie mogła dostrzec wyrazu jej twarzy, bo Aldona głowę miała cały czas odwróconą i częściowo zakrytą opadającymi zza ucha włosami. - Czy tutaj lekarze nie mają żadnych praw przysługujących pracownikom? - zaległa cisza. Na moment jej ręka znikła z twarzy chirurga.
- Warto było tak się poświęcać? - pytanie zawisło w powietrzu, nie skierowane do żadnej konkretnej osoby.
Ciche westchnienie i drobna dłoń znowu przywierała do jego klatki piersiowej.
- Pan profesor uratował podczas tego dyżuru dwoje dzieci. - miała coś jeszcze dodać, lecz zaniechała. Odeszła niezauważona.
*
Na nocnym stoliku leżała miętowa teczka. Dość... niepoważne, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, co znajduje się w środku. Spojrzała na nią kątem oka, nie myśląc nawet o tym, że powinna ją schować, ukryć przed wzrokiem córki, bądź jej.
Zaciągnęła na biodra luźne spodnie, a na ramiona włożyła zwykłą koszulkę. Mokre włosy nadal muskały jej ramiona.
- Matylda! - krzyknęła, porządkując leżące na łóżku ciuchy. - Kochanie, pomożesz mi zrobić obiad! - mała buntowniczka nie odezwała się ani słowem. Postanowiła postawić ją do pionu, gdy nadal nie doczekała się odpowiedzi. Ruszyła zdecydowanym krokiem na parter, gdzie znajdował się pokój dziewczyny. Przystanęła przy jej drzwiach, ręka zawisła jej w powietrzu. Coś jej mówiło, że nie musi pukać. Cisza aż raniła uszy.
- Matylda? - pchnęła ciężkie drewno, a w środku zastała jedynie niezaścielone łóżko. Po raz drugi tego dnia uczucie niepokoju zagościło w jej umyśle. Coś się stało, dlaczego nadal miała to poczucie.
Choć wołała ją jeszcze kilka razy, z czasem przekonywała się tylko, że jest sama.
Skąd ta panika i jej przyspieszone bicie serca? Przecież mogła pójść do koleżanki, albo do szpitala na obiad po lekcjach. Skąd w takim razie te złe przeczucia?
Pobiegła po telefon, który zostawiła w łazience. Zamarła, gdy dostrzegła kilka nieodebranych połączeń od Andrzeja. Natychmiast wybrała jego numer.
- Odbierz... - jęknęła pod nosem. Na nic. Po raz kolejny odpowiedział jej miły głos sekretarki poczty głosowej. - Jasne. Przecież po co masz odbierać od żony, kiedy obok masz tamtą... - tym razem postanowiła wybrać telefon do szwagra. Może u nich zatrzymała się Matylda, albo chociaż wie, czy dziewczyna nie przeszła się do szpitala w poszukiwaniu ojca.
- Halo? - Adam przywarł do telefonu, który trzymała mu przy uchu dość nieporęcznie pielęgniarka.
- Jesteś w szpitalu? - zapytała pospiesznie.
Chłopak pomyślał, że dotarło do Kaśki, to co starał się jej wcześniej przekazać tyloma telefonami i ucząc się na błędach zaczął od najważniejszego.
- Kasia, to nic poważnego... - ważył słowa, sądząc że tym razem postępuje słusznie. Kobiecie jednak serce zaczęło szybciej bić.
- Boże... - szepnęła - Wiedziałam, czułam, że stało się coś złego! - strach przed poznaniem tej okropnej wiadomości, jak już zdążyła ją nazwać w myślach, paraliżował jej płuca.
- Uspokój się, błagam cię... - dostał znak, że pacjent na stole jest gotowy do rozpoczęcia operacji. Skinął głową, że rozumie i znowu pochylił się nad niewygodnie leżącym przy uchu telefonem. - To tylko przemęczenie, prześpi się parę godzin i wróci do domu.
- Andrzej z nią jest? - spojrzał na chwilę na pielęgniarkę tuż obok niego, która ewidentnie słyszała każde słowo wypowiedziane po drugiej stronie słuchawki. Chwycił więc komórkę, ignorując jej zdumione spojrzenie i odeszła, dając chirurgowi swobodę rozmowy.
- Jest. - skapitulował.
- Przypilnował, żeby zrobić jej komplet badań? - zaczynał się gubić.
- Jej? A z jakiej racji, przecież to nie ona straciła przytomność...
- Przecież dopiero co mówiłeś... Chwileczkę, co z Matyldą? - wypuściła z płuc powietrze, ciesząc się w głębi ducha, że Adam nie jest w pobliżu. W przeciwnym razie zapewne nie byłby bezpieczny, bo aż kipiała ze złości.
- Skąd mam wiedzieć! - krzyknął do telefonu. - Myślałem, że pytasz o Andrzeja.
Skamieniała.
- Wiem, że między wami nie najlepiej, ale sądziłem, że chociaż trochę się nim przejmiesz. - dodał z wyrzutem. Powoli zaczynał rozumieć decyzję brata. Ich rzeczywiście nic nie łączyło oprócz córki. Nic więc dziwnego, że Falkowicz postanowił ułożyć sobie życie, spróbować z kimś innym. On po prostu spróbował żyć na swoich warunkach. Ile można poświęcać się dla dziecka?
- Dobra, nie moja sprawa. - dodał, gdy spotkał ponaglające spojrzenie anestezjologa. - Zrobiliśmy mu wyniki, wszystkie są w porządku. To na wypadek, gdybyś chciała widzieć. - przytaknęła instynktownie. - Cześć. - rozłączył się zanim zdążyła odpowiedzieć.
Usiadła na kanapie w salonie i przez moment wpatrywała się w okno przed sobą. Nadchodziła jesień, na sam widok zimniej robiło się w dłonie. Zgarbiła się lekko, skurczyła palce. Paznokcie wbiła w dłonie.
Wzdrygnęła się lekko, kiedy telefon zawibrował.
"Mamo, wrócę później" - przeczytała, a po chwili obraz zamazał się jej pod wpływem napływających do oczu łez.
Matylda po prostu spóźni się do domu, a Andrzej był przez cały ten czas w szpitalu. Wszystko źle zinterpretowała. Czuła, że coś jest nie tak, a martwiła się o córkę. Nawet nie pomyślała, że może chodzić o męża. Czyżby stała się na niego obojętna? Jedyne czego była teraz pewna, to swoich wyrzutów sumienia. Mimo wszystko przejęła się, gdy okazało się, że coś z nim nie tak. Tylko... czy to wystarczy, by nadal upierać się, że jeszcze kiedyś zbudują szczęśliwy związek?
Jeszcze rano wahała się, teraz już nie miała wątpliwości. Musi coś zrobić ze swoim życiem, bo wymyka się jej spod kontroli.
Wróciła pamięcią do miętowej teczki, która czekała na nocnym stoliku. Czas podpisać papiery rozwodowe.




Jest i rozdział. :)




poniedziałek, 18 września 2017

Broken. Fragment rozdziału 8.

Nigdy więcej obietnic.


"Zastanawiała się czy będzie gotowa powiedzieć mu o swoich zamiarach, kiedy ten w końcu się obudzi. Przecież jeszcze przed chwilą była zdecydowana odejść, dać jego małżeństwu szansę na odbudowanie się. Uwierzyła jego żonie, że mają na to szansę, wtedy, gdy spotkały się trzy dni wcześniej. Do tamtej chwili była przekonana, że ich związek jest w rozsypce, że tak naprawdę nic ich ze sobą nie łączy. Do tamtej chwili. Kasia uświadomiła ją, że się myliła. Pokazała inną perspektywę, jakże bolesną. Niezależnie od tego, co powiedziałby na to wszystko Andrzej, Aldona wiedziała, że nie doceniła ich więzi. Były znacznie silniejsze, niż ktokolwiek mógł przypuszczać, nawet on sam."


Po trudach jestem w trakcie pracy nad nextem. Mam nadzieję, że bez sieciowych przeszkód będę mogła go dodać.

wtorek, 5 września 2017

Broken. Rozdział 7.

"Zakochani łączą się czymś więcej niż uczuciem."


Unikasz mnie. Wiedziałam, że będziesz chciał ukarać nas za to, że tak kategorycznie sprzeciwiłam się Twojej woli. Nie sądziłam tylko, że zachowasz się tak niedojrzale. 
Nie odbierasz moich telefonów. Dzwoniłam chyba tysiąc razy, zostawiłam tyle samo wiadomości głosowych. Odsłuchaj je, choćby ze względu na opróżnienie skrzynki głosowej. Może ktoś będzie chciał nagrać coś ważnego... 
A wtedy znowu mi znikniesz. Niepotrzebnie sądziłam, że mogę być choć trochę ważniejsza od twojej pracy. Spędzasz w niej całe dnie, poświęcasz całą swoją energię na ratowanie cudzych żyć. To właśnie w Tobie pokochałam jako pierwsze. Pod warstwą grubej skóry kryje się altruista. 
Pewnie teraz się uśmiechasz, temu też nigdy nie mogłam się oprzeć. Tak rzadko to robisz, ostatnio coraz rzadziej, coraz mniej szczerze. Wydajesz się zmęczony i czasem mam wrażenie, że jesteś nieszczęśliwy. A wtedy mam poczucie, że to przeze mnie. 
Domyślam się dlaczego. 
Stanęłam pomiędzy Tobą a twoją córką, choć przysięgam, że nigdy tego nie chciałam. Gdybym miała taką możliwość pokochałabym tą dziewczynkę może prawie tak mocno jak widzę, że Ty ją kochasz. Kim ja jestem, żeby niszczyć taką więź? Pamiętam jaki byłeś szczęśliwy, kiedy przyszły powtórne wyniki DNA. Wiedziałam, że nie mogło być inaczej. Na tym zdjęciu, które kiedyś mi pokazałeś, miała tą samą niezadowoloną minę, co jej ojciec. 
Ale pamiętam też wieczór po dniu, w którym Matylda dowiedziała się o nas. Powiedziałeś tylko, że usłyszała rozmowę Twoją i Twojej żony. To właśnie od tamtego czasu jakby zgasłeś. 
A ja zaczęłam się zastanawiać, czy zacząłeś także żałować...

Aldona odłożyła na moment długopis i spojrzał na wyświetlacz telefonu. Zmarszczyła brwi, kiedy dostrzegła na nim imię swojego ukochanego. Postanowił odezwać się po trzech dniach ciszy. Zerknęła raz jeszcze na kartkę i listem pożegnalnym.
Jeszcze przed chwilą chciała od niego odejść, a teraz miała nadzieję na zapomnienie wszystkich uraz.
Nie powinna... Zatrzymała się kiedy jej kciuk zawisł nad zieloną słuchawką.
Rzuciła w końcu telefonem na blat kuchennego stołu. Jeśli miała wszystko zakończyć, wolała zrobić to od razu. W przeciwnym razie pewnie Andrzej wyczułby, że coś jest nie tak i wróciłby do mieszkania, zanim ona zdołałaby spakować wszystkie jego rzeczy osobiste, które trzymał u niej. Pewnie powiedziałby coś, co sprawiłoby, że zwątpiłaby w swoją decyzję. Zapewnił, że jego uczucia nie uległy zmianie, po prostu miał gorszy czas. Zrozumiałaby, przecież rozstanie z żoną nie może być łatwe. Wszyscy są wtedy trochę bardziej nerwowi. A wtedy jedynym lekiem jest czas. Muszą być silni i przejść najgorsze. Potem miało być tylko lepiej. Przekonałby ją.
Mimo wszystko łapiąc ostatni sygnał połączenia odebrała oczekując na głos Andrzeja w słuchawce.
- Miło, że w końcu postanowiłeś oddzwonić. - chwila ciszy. - Jesteś tam?
- Mówi Adam. Brat Andrzeja. - zmarszczyła brwi, prostując się nagle. Nie wiedząc dlaczego, zaczęła się denerwować.
- Coś się stało? - odruchowo wstała z krzesła.
- Andrzej zemdlał z przemęczenia, ale... - rozłączyła się i w biegu złapała kluczyki do samochodu.
*
 Adam spojrzał na telefon brata, by upewnić się czy połączenie rzeczywiście zostało przerwane.
- Brawo. - skomentował Falkowicz.
- Powinienem zacząć od tego, że to nic poważnego. - nadal zaskoczony oddał telefon bratu, który leżał na kanapie w pokoju lekarskim. Do jego prawej dłoni podłączona była kroplówka, lewa zaś spoczywała bezwładnie na klatce piersiowej mężczyzny. Uniosła się po chwili bardziej, ujawniając jego ciche westchnienie.
- Ten telefon to już był kretyński pomysł. - zacisnął zęby, mając przed oczami obraz zdenerwowanej Aldony. Znał ją na tyle, by wiedzieć, że za często wpada w panikę, wyobrażając sobie Bóg wie co. Zawsze o wszystkich się zamartwia... tym razem zafundował jej ogromną dawkę stresu. A przecież można było tego uniknąć. Odpocząłby chwilę, przespał się na kanapie, a rano byłby jak młody bóg. Tak wróciłby do domu, a cały incydent poszedłby w zapomnienie.
- Ktoś musi zabrać cię do domu. - Adam opadł bezsilnie na krzesło. - Ja za chwilę mam operację, a Kaśka nie odbierała... - spojrzał na zapatrzonego w sufit profesora. - Z resztą teraz chyba Aldona jest tą pierwszą, którą...
- ...trzeba powiadamiać w razie mojej śmierci? - starszy brat podniósł w końcu głos.
- Nie ciskaj się, ok? - Adam wyprostował się, wyraźnie źle się czując z powodu tego telefonu. - Skąd mogłem wiedzieć, że tak zareaguje? Nie jestem pieprzonym jasnowidzem.
Falkowicz żachnął tylko, odwracając wzrok od chłopaka. Musiał na kimś wyładować swoje napięcie, a pierwszym w kolejce okazał się młodszy brat. Jednak bliżej mu było do niepokoju przed spotkaniem z Aldoną, niż złością na kogokolwiek. Spojrzał kątem oka na kroplówkę, która spływała zdecydowanie za wolno. Przez chwilę zastanawiał się, czy byłby w stanie podnieść się i samemu ulotnić się ze szpitala, zanim zjawi się w nim którakolwiek z jego kobiet.
- Co ci w ogóle strzeliło do głowy, żeby brać ten dyżur za Gawryło?
- Miał jakiś problem z synem. - mruknął w końcu pod nosem. Nie bardzo wiedział, dlaczego Piotr tak bardzo chciał zamienić się z kimś w ostatniej chwili na dyżury, ale prawda była taka, że ta okazja spadła mu jak z nieba.
- I Przemo zgodził się na to? - Krajewski nie mógł uwierzyć w bezmyślność kumpla. Może i ordynator nie miał najlepszych kontaktów z Andrzejem, ale wiedział doskonale, że ludzie po przeszczepie nie powinni brać siedemdziesięcio dwugodzinnych dyżurów.
Falkowicz spojrzał spod zmarszczonych brwi na Adama.
- Czy ty się o mnie martwisz? - Krajewski zamilkł na moment, nie wiedząc co odpowiedzieć na to pytanie.
- Po prostu tak się zastanawiam, kto w tym wszystkim jest największym idiotą. - odparł w końcu, nie kryjąc swej złości na brata.
- A już byłem gotów uwierzyć, że zależy ci na mnie. - odwrócił swój zmęczony wzrok. Po raz pierwszy od odzyskania przytomności poczuł tak silne znużenie. Nie czekał na odpowiedź, bo chęć snu była silniejsza. Powieki same opadły i odpłynął nie zdając sobie o tym sprawy.
Młodszy brat spojrzał na niego,  Aż do tej pory nie zawsze zawracał sobie głowy problemami Falkowicza. Wydawało się, że to tylko chwilowe zawirowania, a potem jak kot, spadnie na cztery łapy, profesor miał do tego dar. Minie trochę czasu i wszyscy zapomną o jakichkolwiek komplikacjach. Kasia wybaczy mu kolejny numer, przecież ten związek z Aldoną nie może być na poważnie. Związki z Andrzejem nigdy takie nie bywały.
Ale teraz zwątpił.
Bo jeśli on ucieka, to znaczy, że przestaje sobie radzić. Nie znalazł innego wytłumaczenia. Najwidoczniej wszystko zaczęło go przerastać.
Wstał z krzesła i nakrył brata leżącym na kanapie kocem.
Miał tylko nadzieje, że to wszystko nie odbije się na zdrowiu Andrzeja... a raczej - nie odbije się bardziej.
Zawrócił w kierunku drzwi, gdzie dostrzegł zdyszaną i przerażoną kobietę, Choć widział ja po raz pierwszy, od razu domyślił się kim jest.
*
Tego popołudnia wróciła wcześniej z kancelarii. Wymyśliła jakiś pretekst i z uśmiechem wyszła z biura, życząc mijanym współpracownikom miłego weekendu. Dziarskim krokiem przemierzyła obok zachwyconych nią kolegów i zamknęły się za nią drzwi windy. Odwróciła się od swojego odbicia w lustrze. Przybierając gorzki wyraz twarzy starła kciukiem czerwoną szminkę ze swoich ust. Palec wytarła w chusteczkę nawilżającą, jaką zawsze nosiła przy sobie w torebce. Wrzuciła ją z powrotem bocznej kieszonki, gdzie chowały się inne zgniecione jej kawałki, poplamione ostrą czerwienią.
Kiedy dotarła do domu, nie mogła sobie przypomnieć drogi z pracy, jaką przed chwilą przebyła. Była ona tak monotonna, że najwidoczniej wyparła ją z pamięci.
- Wróciłam! - krzyknęła w progu domu, w którym nadal mieszkała.
Odpowiedziała jej głucha cisza. Nie zastanowiła się, czy Matylda była w środku. Ostatnimi czasy córka stała się raczej zamknięta w sobie. Nie wychodziła z pokoju, nie odzywała się wiele. Raczej szczędziła w słowach. Nie niepokoiło jej to szczególnie. Przypisywała to raczej obecnej sytuacji, a mówiąc prościej - winiła za to Andrzeja. Choć otwarcie nigdy by tego nie przyznała.
Przez to, że pierwszego dnia ich narzeczeństwa ustalili pewne zasady, teraz nie mogła otwarcie go winić. Bo przecież tak ustalili, że będą ze sobą, mimo iż nic do siebie nie czują. Po protu małżeństwo wydawało się ułatwiać wiele spraw, a niczego nie komplikowało. Neutralny status w tym miało ułatwić trzeźwe myślenie, nie wypaczone miłością. Żadne z nich nie oczekiwało, że spotka na swojej drodze kogoś innego, dlatego powiedzieli sobie - czemu nie?
Zrzuciła czarne szpilki w holu, a idąc boso, zimna podłoga koiła ból jaki sprawiło noszenie niewygodnego obuwia. Wspięła się po drewnianych stopniach. Na piętrze znalazła łazienkę i od razu zamknęła w niej za sobą drzwi. Telefon zostawiła na krawędzi umywalki. Zsunęła z siebie czarną spódniczkę i jedwabistą bordową bluzkę.
Po chwili stała naga pod przeszklonym prysznicem. Odkręciła gorącą wodę, zabijając drażniący zapach męskich kosmetyków, który jak trucizna dla jej płuc roznosił się w ich wspólnej łazience.
Po raz pierwszy zastanowiła się, co ona jeszcze robi w tym domu. Mieszkała tam, choć na każdym kroku natykała się na rzeczy przypominające jej Andrzeja. Co jakiś czas ocierała się w drzwiach z mężem.
Było w tym tyle czułości, co podczas mijania pasażerów w drzwiach dworca autobusowego.
Po raz kolejny ta przytłaczająca myśl, że tak naprawdę on nigdy nie należał do niej. Był wolnym strzelcem i nie miała do niego praw. Co też ona sobie myślała?
Zawiesiła głowę pomiędzy ramionami, a gorąca woda spływała jej z czoła.
Od trzech dni nie dał znaku życia. Choć pewnie spędził je u kobiety, która chce skraść jej wszystko to, o co tyle walczyła, to jednak czuła w sobie jakieś napięcie. Głupia, martwiła się o niego nawet teraz .
Oczywistym było co robi, z kim jest... w tym momencie.
Na szybie kabiny narysowała poziomą kreskę, a przez tę minimalną szczelinę mogła dostrzec lustro wiszące na przeciwległej ścianie. Nie dostrzegła gasnącego wyświetlacza telefonu, na którym teraz zapisało się pierwsze nieodebrane połączenie. Dostrzegła za to swoje mocno zaczerwienione oczy.




Bez komentarza. Liczę na waszą aktywność. Bo co teraz?






niedziela, 3 września 2017

Broken. Fragment rozdziału 7.

"Zakochani łączą się czymś więcej niż uczuciem."


"Po chwili stała naga pod przeszklonym prysznicem. Odkręciła gorącą wodę, zabijając drażniący zapach męskich kosmetyków, który jak trucizna dla jej płuc roznosił sie w ich wspólnej łazience.
Po raz pierwszy zastanowiła się, co ona jeszcze robi w tym domu. Mieszkała tam, choć na każdym kroku natykała się na rzeczy przypominające jej Andrzeja. Co jakiś czas ocierała sie w drzwiach z mężem.
Było w tym tyle czułości, co podczas mijania pasażerów w drzwiach dworca autobusowego.
Po raz kolejny ta przytłaczająca myśl, że tak naprawdę on nigdy nie należał do niej. Był wolnym strzelcem i nie miała do niego praw. Co też ona sobie myślała?
Zawiesiła głowę pomiędzy ramionami, a gorąca woda spływała jej z czoła.
Od trzech dni nie dał znaku życia. Choć pewnie spędził je u kobiety, która chce skraść jej wszystko to, o co tyle walczyła, to czuła w sobie jakieś napięcie. Głupia, martwiła się o niego nawet teraz."


Do zobaczenia. We wtorek.