czwartek, 12 kwietnia 2018

Broken. Rozdział 18


Te same czarne włosy, ten sam gniewny grymas na twarzy i podbródek, który zdobił - powiedzieć by można - uroczy dołek. Przyglądała się mu nie małym zaskoczeniem, a serce niebezpiecznie zbliżyło się do ściany klatki piersiowej, jakby za chwilę miało się z niej wyrwać. Przez chwile nawet myślała że to on. 
- Ty... - wydusiła z siebie, ale co chciała wyrazić, utkwiło gdzieś w krtani. 
- W końcu poznałaś, co? - pociągnął nosem, pocierając go potem dłonią. Przekrwione oczy, te zupełnie nie podobne do oczu Szymona, zdradzały jego uzależnienie. I choć Matylda nie miała medycznej wiedzy, na pewno nie taką by poznać oczy narkomana, ale wystarczyło jej to, co mówił o swoim bracie Szymon. - To nie było mądre. - szepnął, obdarzając ją spojrzeniem szaleńca. Małe źródło światła odkrywało przed nią bardzo wiele. - Teraz będę musiał cię sprzątnąć. - pochylił się nad dziewczynką, bronią odgarną opadające na jej twarz kosmyki włosów.
Widział jak drżała, jak jej oddech przyspiesza, a szeroko otwarte oczy unikają jego spojrzenia. Czuła się obezwładniona, nie tylko przez spętane metalową linką dłonie i kostki. Cała odwaga wyparowała z niej jak za pstryknięciem palców. Teraz była już tylko śmiertelnie przerażoną czternastoletnią dziewczynką, pozostawioną samą sobie z ludźmi, którym nic nie zawiniła.
- Cykasz się. - uśmiechnął się pod nosem. Chwycił paczkę chipsów leżącą obok jej stóp i otworzył z głośnym szelestem. Położył na kolanach zakładniczki i patrzył na nią jeszcze przez moment zamglonym wzrokiem. Promienie światła drżały, tak jak świecący długopis w dłoniach roztrzęsionej nastolatki.
- Dla...czego wy... - dukała pomiędzy wciąganymi haustami powietrza.
- Dla nich nie znaczysz nic. - odważyła się podnieść spojrzenie, zmarszczyła brwi.
- Myślałam...
- To słabo ci idzie. - skwitował, przewracając oczami. - Mój brat był jednym z nas, ale jest nas sporo. Nikt nie przejmuje się kotem. Mało takich dostało kosę? - zaśmiał się, choć nie było w tym krzty żartu.
- Ale to oni go... zabili. - prawie szepnęła.
- Młody gówniarz chciał uciec. - pokręcił głową z niedowierzaniem. - Z tego biznesu się nie wychodzi. Siedzisz w tym bagnie dopóki nie zgnijesz, łapiesz? - bezwiednie pomachał jej bronią przed twarzą. Przytaknęła szybko. - Ucieczka to wyrok śmierci. - dodał gorzko, patrząc w betonową ścianę gdzieś za dziewczynką, uciekając myślami daleko. A może to tylko efekt narkotyków?
- To po co mnie tutaj trzymają? - zapytała po chwili.
Ten zaś zapewne obudził się ze swojego transu. Wyglądał, jakby nie wiedział kim jest nastolatka, która zadaje mu te wszystkie pytania i dlaczego znajduje się w tamtym pomieszczeniu. Wstał z kolan i nie odwracając się, cofnął o kilka kroków i zniknął za drzwiami.
*
Dom opustoszał. Nie kręcili się już w nim nieznani mu ludzie, którzy z czasem w jego opinii tylko mile spędzali wolny czas na grzebaniu w urządzeniach śledczych. Ich działania nie przynosiły kompletnie żadnych rezultatów. A jedynym zadowalającym było by odnalezienie małej Matyldy.
Wiedzieli, że jej komórka została wyłączona lub zniszczona trzy dni wcześniej. Tyle zdołały wykryć najnowsze sprzęty i najlepsi informatycy. Dokładnie tyle samo ustalił Falkowicz, kiedy połączenie do córki nie mogło być nawiązane od czasu jej zniknięcia. Nic zatem dziwnego, że tracił kontrolę nad nerwami. A co najgorsze - zaczynał dopuszczać do siebie myśl, że nie może nic zrobić.
Odrzucając połączenie od Aldony wyszedł na opustoszały od tajniaków taras, by zaczerpnąć świeżego powierza.
- Jak Kaśka? - stanął na skraju podestu, zakładając dłonie za plecami, skierował głowę w stronę delikatnie świecącego jeszcze o tej porze roku słońca i odparł przymykając przy okazji powieki.
- Śpi. Nawet koń by zasnął po takiej dawce prochów. - zacisnął szczęki i otworzył oczy, wpatrując się w boleśnie rażące promienie słoneczne.
Adam wyjął kolejnego papierosa i zapalił nerwowo szarpiąc prawie pustą od gazu zapalniczką. Ogień nieśmiało pojawił się i opalił koniec tytoniu. Chłopak zaciągnął się i wypuścił powoli nikotynowy dym. Falkowicz obejrzał się za nim i podszedł bez słowa do młodszego brata. Wyciągnął z dłoni Krajewskiego ledwo zaczęty papieros i z karcącym spojrzeniem odebrał go bratu.
- Nie pal tego świństwa. - Adam był pewien przez moment, że Andrzej go wyrzuci, lecz ten zawahał się na moment nad nim, aż w końcu sam zaciągnął się nikotyną. Skrzywił się po chwili i przyjrzał się drobnemu napisowi na pecie. - Nie stać cię było na lepsze? - rzekł gardłowo, zaciągając się po chwili raz jeszcze.
Młodszy z braci nie był pewien co mógłby powiedzieć. Zapytać jak poszukiwania? Sam wiedział że utknęły w martwym punkcie. Może zapytać jak Andrzej to znosi? Do tego wystarczyło tylko jedno spojrzenie. I nasuwała się jedna odpowiedź - wcale. Oczy chirurga nie były tak podkrążone nawet po tej osiemnastogodzinnej operacji, ani po trzydniowym dyżurze, który miał szczęście zakończyć utratą przytomności dwa tygodnie temu. Do tego spojrzenie było jakieś... Falkowicz nigdy nie należał do osób specjalnie radosnych, raczej już prędzej mu było do chmurnego spojrzenia i gromienia wszystkich wzrokiem, lecz tym razem było w nim coś... jakby uleciały z niego wszystkie siły. Zmęczony, chyba z przyzwyczajenia patrzący przed siebie, nie wykazywał oznak życia.
- Dzwoniła Wiktoria. Powiedziała, że przyjedzie do was, zrobi jakieś zakupy, ugotuje obiad. - zaczął, nie spotykając się z żadną reakcją. Zabrzęczały klucze w kieszeni spodni Adama. - Poczekam na nią. - zmarszczył brwi. Cisza. Jakby rozmawiał sam ze sobą.
Papieros Falkowicza powoli spalał się, prawie wypadając z dłoni profesora. Krajewski bez słowa podstawił bratu paczkę, a ten pokręcił ledwo dostrzegalnie głową.
- Znajdzie się. - młodszy zdobył się w końcu na odwagę. Andrzej przymknął na moment powieki, jakby dźwięk tych słów nieprzyjemnie drażnił jego uszy. - Matylda nie da sobie w kaszę dmuchać. - chłopak uśmiechnął się pokrzepiająco.
- To jest tylko małe dziecko. - odrzekł w końcu profesor. - Przerażona mała dziewczynka, która czeka na naszą pomoc. Na moją pomoc. - nigdy wcześniej nie słychać było w jego głosie takiej rozpaczy. - Jest tam gdzieś i... - wypuścił z płuc cicho powietrze z łzawiącymi oczami. - boi się, że zrobią jej krzywdę, a ja nic nie mogę na to poradzić, bo nie mam zielonego pojęcia gdzie jej szukać.
Krajewski położył na ramieniu brata dłoń i zacisnął ją na nim. - Cholera jasna - syknął - Przecież to tylko dziecko.
Minęły może dwie godziny. Jak na złość nadal tkwili w niewiedzy. Falkowicz, który wcześniej nie potrafił usiedzieć w miejscu i bez przerwy dzwonił na zmianę to do komisarza, to na numer Matyldy, teraz usiadł w fotelu przysuniętym do okna i patrzył beznamiętnie przed siebie. Gdy tak przyjrzano się mu dokładniej, okazało się że obserwował ledwie widoczną furtkę do posesji.
- Wiadomo coś? - obejrzał się za głosem Kasi, która stała u progu schodów. Z podkrążonymi od płaczu oczami i założonym na zgarbione ramiona szlafrokiem.
Profesor kiwnął tylko przecząco głową.
- Boże - załkała. - Moja mała córeczka. - zaniosła się płaczem. Andrzej od razu wstał i podszedł do niej spokojnym krokiem. Bez słowa, tak jak zawsze to robił, przytulił ją do swojej klatki piersiowej i dał jej się wypłakać w swoją bawełnianą koszulkę.
- Ona tam gdzieś jest. - westchnął w końcu. - I już niedługo będzie z nami.
- Skąd ty to możesz wiedzieć. - odezwała się, kiedy już nieco się uspokoiła.
- Czulibyśmy gdyby... - zacisnął usta; nie przejdzie mu to przez gardło. - Wróci do nas, obiecuję ci.
Skąd mógł wiedzieć, że czasem największą zbrodnią jest składać obietnicę, która wcale nie musi się spełnić?
Wiktoria obserwowała ich ukradkiem z kuchni, mieszając w garnku z aromatyczną zupą. Starała się jak mogła by jej marne kulinarne zdolności wystarczyły na tyle, by choć trochę zachęcić zrozpaczone małżeństwo do jedzenia. To była jej wielka misja tego późnego popołudnia. Ugotować trochę warzyw i przynajmniej prawidłowo je doprawić. Jest w końcu kobietą, podobno mamy to we krwi?
Nikt nie zauważył jak do mieszkania wszedł Adam. Wiktoria za to powitała go pocałunkiem w policzek.
- Hej, i jak tam? Załatwiłeś coś? - chłopak pokiwał przecząco głową.
- Nic. Nie wiedzą kto to zrobił. - usiadł na krześle obok wyspy, zmęczony chodzeniem po posterunkach.
- Zginęło coś?
- I to jest najdziwniejsze. Rozwalili mi mieszkanie, a nie zabrali żadnego sprzętu. - Kobieta zmarszczyła brwi, cały czas mieszając drewnianą łyżką.
Krajewski obejrzał się za siebie, na Falkowicza siedzącego na kanapie i Kasię opierającą się o niego.
- Nie mówmy im o moim włamaniu. - zwrócił się do Wiki patrzącą w stronę małżeństwa ze wzrokiem pełnym współczucia. - To zresztą i tak nic w porównaniu z tym co ich spotkało.
- Masz rację. - wyprostowała się, jakby otrząsając się z zapatrzenia. Przetarła rękawem oczy i pociągnęła nosem.
- Wiki...
- Już... już wzięłam się w garść. Widzisz? - uśmiechnęła się nienaturalnie przez załzawione oczy. Adam przekręcił głowę na bok, wcale go nie przekonała. - Ja po prostu... - poddała się. - Jak sobie pomyślę, że coś takiego przydarzyłoby się Blance... - nabrała powietrze w płuca - to nie wiem, czy bym to przeżyła. - Nie powstrzymała kolejnej łzy spływającej po jej policzku, a za nią rzędu kolejnych. Złapała szybko ręcznik papierowy i otarła kawałkiem mokrą twarz.
- Usiądź. Zrobię ci herbatę. - nie dostrzegła kiedy obok niej pojawił się Krajewski. Usadził ją na swoim miejscu i sam zawiązał sobie kuchenny fartuch. - Okej. Gdzie jest czajnik? - Consalida zaśmiała się przez łzy.
- Obok twojej prawej ręki. - złapała oddech, patrząc jak mężczyzna któremu postanowiła dać kolejną szansę niezgrabnie krząta się po obcym dla niej terytorium. - Okropnie im współczuje. - rzekła znad gorącego naparu.
- Też nie mam pojęcia co bym zrobił, gdyby tak mój Józio zniknął. - podniosła na niego swoje spojrzenie.
- Adam? - chłopak spojrzał na starszego brata. Andrzej stał z telefonem w dłoni i z szeroko otwartymi oczami. - Pojedziesz ze mną w... - obrócił się zmieszany w stronę Kasi. - w jedno miejsce? - Krajewski zmarszczył brwi, to było co najmniej dziwne. Przytaknął powoli, nie wiedząc na co się pisze i zdjął z siebie fartuch.
- Jasne. - nie potrafił niczego wyczytać z twarzy brata. Może dowiedział się czegoś? Może znaleźli jakiś ślad? Po chwili dostał czymś ostrym w brzuch. Odruchowo złapał to co z takim hukiem uderzyło o niego i dostrzegł w dłoni klucze do samochodu.
- Prowadzisz. - usłyszał tylko w wyjaśnieniu. Obrócił się na chwilę do Wiktorii, która z takim samym zmieszaniem patrzyła na całą tę sytuację. - Ale ruchy! - pospieszał go Falkowicz.
*
Ile mogło być poszukiwanych dziewczynek w wieku Matyldy, do tego odpowiadających jej rysopisowi? Ile dzieci mogło zaginąć na danym obszarze? Statystyki kurczyły się jeśli dodamy każde kolejne dane układanki. Bo co jeśli to dziecko zostaje znalezione martwe, gdzieś na poboczu, w niewielkiej miejscowości po Warszawą? Jaka jest szansa na to, że do kostnicy wezwali na identyfikacje zwłok niewłaściwego rodzica? Nie dajmy się zwieść. Szanse na to, że za drzwiami nie leżała córka Falkowicza nadal były. Jak duże? Oceńcie proszę sami.
- To nie ona. - przerażony obrotem spraw Adam, próbował przekonać sam siebie.
- Zaraz się przekonamy. - zimny pot spłynął mu po kręgosłupie. Zacisnął knykcie, wbijając sobie paznokcie w bladą skórę dłoni. Andrzej wpatrywał się w stare drewniane drzwi. Były podwójne, ale najwidoczniej nie dość szerokie, bo na każdym skrzydle widoczne były obtarcia na wysokości metalowego łóżka. W tych miejscach szara farba została wytarta do surowego drewna.
W końcu drzwi otworzyły się lekko, a na korytarz wyszedł szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce, zniszczony na twarzy i spojrzał zmęczonym wzrokiem na profesora.
- Pan Andrzej Falkowicz? - ten stał już przed nim. Wybił się z krzesła tak szybko, że na chwile obraz przysłoniła mu biała mgła.
- Miejmy to już z głowy. - odparł odważnie, choć nijak miało się to do tego, co naprawdę odczuwał. Patolog spojrzał na towarzyszącego im Adama, a potem znowu na zdesperowanego ojca. - To mój brat, jest ze mną.
- Dobrze. - lekarz uchylił się nieco w przejściu, wpuszczając na salę obu mężczyzn.
Tam znajdowały się trzy stare murowane stoły prosekcyjne. Ale tylko na jednym leżało przykryte białą płachtą ciało. Już na wstępie można było dostrzec drobną sylwetkę dziecka.
Patolog stanął za owym stołem, po drugiej zaś jego stronie stał Andrzej. Adam wolał być nieco dalej. Falkowicz patrząc na ciało przed sobą poczuł jak coś przygniata mu klatkę piersiową. Jego przerażenie sięgało zenitu. Czy dłonie mogą pocić się i drżeć jednocześnie jeszcze mocniej? Tętno na pewno dawno przekroczyło zdrową granicę. A serce biło z taką siłą, że jego pracę można było dostrzec obserwując koszulkę na piersiach mężczyzny.
- Zanim odsłonię prześcieradło, muszę pana uprzedzić, że twarz  dziewczynki została dotkliwie pobita. - Andrzej podniósł przestraszony wzrok na lekarza. Przełknął nerwowo ślinę i uchylił drżące usta by odpowiedzieć, że jest gotów. Zamiast tego przytaknął jednak głową, biorąc niemal dławiący oddech. Czas najwyższy poznać prawdę.



No i co powiecie na to?








niedziela, 25 marca 2018

Broken. Fragment rodziału 18.


"Te same czarne włosy, ten sam gniewny grymas na twarzy i podbródek, który zdobił - powiedzieć by można - uroczy dołek. Przyglądała się mu nie małym zaskoczeniem, a serce niebezpiecznie zbliżyło się do ściany klatki piersiowej, jakby za chwilę miało się z niej wyrwać. Przez chwile nawet myślała że to on.
- Ty... - wydusiła z siebie ale co chciała wyrazić, utkwiło gdzieś w krtani.
- W końcu poznałaś, co? - pociągnął nosem, pocierając go potem dłonią. Przekrwione oczy, te zupełnie nie podobne do oczu Szymona, zdradzały jego uzależnienie. I choć Matylda nie miała medycznej wiedzy, na pewno nie taką by poznać oczy narkomana, ale wystarczyło jej to co mówił o swoim bracie Szymon. - To nie było mądre. - szepnął, obdarzając ja spojrzeniem szaleńca. Małe źródło światła odkrywało przed nią bardzo wiele. - Teraz będę musiał cię sprzątnąć."




Zdradziłam jedną tajemnicę. Będzie więcej. :)





środa, 14 marca 2018

Broken. Rozdział 17

"Największym wrogiem wiedzy nie jest ignorancja, lecz iluzja wiedzy" ~ Stephen Hawking

Na ścianie wisiała bomba. Zegarowa. Miała wskazówki, przesuwające się w rytm upływających sekund. Odmierzała czas, nie miała litości by się zatrzymać. Cenne minuty uciekały, a z każdą kolejną malały szansę na odnalezienie jego córeczki.
Uderzając kciukiem o kciuk, wybijał nimi cichy rytm. Siedział i obserwował zegar wiszący na przeciwko. Miał coraz większą ochotę by zerwać go ze ściany i rzucić nim o podłogę.
- Jakiś bandzior ma naszą córkę. - przerwał pozorną ciszę. Pozorną bo dom Falkowicza aż roił się od służb specjalnych. Chodzili po nim niemal jak u siebie, opanowując dosłownie każdy jego zakątek. W jednym pomieszczeniu urządzili stacje komputerową, w drugim umieścili sprzęt podsłuchowy. W kuchni kradli jego kawę, a światło w łazience prawie nie gasło.
Inspektor, który stał obok jednego ze speców od nawigacji połączeń, spojrzał na profesora zmęczonym wzrokiem.
- Robimy wszystko co w naszej mocy. - odparł mężczyzna w średnim wieku i kontynuował obserwację urządzenia GPS.
- Sam tak mówię rodzinom swoich pacjentów. Jeszcze nikt mi nie uwierzył. - syknął i wstał z kanapy. Kasia obserwowała jak mężczyzna krąży po pomieszczeniu. Jedną dłonią tarł po wargach, druga trzymał głęboko w kieszeni spodni.
- Musi nam pan zaufać, panie Falkowicz. - westchnął kierujący śledztwem.
- Profesorze. - inspektor nie zareagował na słowa Andrzeja, dalej śledził sygnał urządzenia.
- Próbuj połączyć się do skutku. - młodszy kiwnął głową i zajął się swoją pracą. Inspektor westchnął i wyjął z kieszeni cienkiej kurtki, która cały czas miał na sobie, telefon.
- I co? To wszystko na co was stać? Z całym tym sprzętem i kablami które walają się po moim domu!? - profesor stanął na środku salonu, rzucając dłońmi w stronę bałaganu jaki wytworzył się wokół. Irytacja była jeszcze silniejsza, kiedy widział z jakim spokojem i powolnością działa cała ta ekipa. Liczyła się każda sekunda a oni pracowali, jak jacyś znudzeni życiem pracownicy biurowi.
- Proszę opanować nerwy.
- A szanowny pan byłby spokojny? - kipiąc ze złości podszedł do funkcjonariusza. - Ma pan w ogóle dzieci?
- Andrzej uspokój się. - odezwała się w końcu słabym głosem Kasia. Otumaniona środkami uspokajającymi, przymknęła na chwilę powieki.
- Rozumiem pana wzburzenie. - inspektor spojrzał na niego groźnie, choć twarz miał raczej człowieka opanowanego.
- Czyżby!?
- Owszem. - nie cofnął się o krok, gdy Falkowicz niemal napierał już na mężczyznę. - Mam dwójkę małych dzieci. Jedno w wieku pańskiej córki. - Profesor nie odstąpił ani na krok. O krok od niego czekało na rozwój sytuacji dwoje policjantów, zapewne szykując się do obezwładnienia Andrzeja, gdyby ten chciał zaatakować ich szefa. - Dlatego rozumiem strach rodzica. Ale nie mamy jeszcze stuprocentowej pewności, że porwali ją tamci przestępcy.
- A kiedy będziecie ją mieli? Jak znajdą jej zwłoki?
- Andrzej... - jęknęła Kasia, po której policzkach spłynęły już łzy.
Komisarz kątem oka spojrzał na nią, a potem na profesora.
- Pytam się! Kiedy w końcu zaczniecie szukać mojej Matyldzi! - jednym ruchem zacisnął pięści na kołnierzu kurtki mundurowego. Dwoje młodych za plecami Falkowicza ruszyło z odsieczą, lecz ich przełożony gestem dłoni zatrzymał ich. - Kręcicie się i nie macie pojęcia co zrobić. - syknął. - Tracicie czas. - niemal szepnął gardłowym głosem niższemu od siebie w twarz.
Puścił ubranie inspektora, nie szczędząc mu goryczy w spojrzeniu.
- Proszę dać nam pracować. Inaczej będę musiał pana aresztować. A w obecnej sytuacji... - spojrzał na matkę Matyldy - oboje wiemy, że nie w areszcie jest teraz pana miejsce.
Andrzej także jakby dopiero dostrzegł rozdygotaną z nerwów żonę. Nie wiedział, czy to on sprawił, że po jej policzkach spływały teraz łzy. Nie do końca był świadomy siły swoich uprzednich słów. Być może nawet szok, jaki nim teraz kontrolował, wymazał je z pamięci mężczyzny. Umysł cały czas działał jak we mgle. Jedynie emocje szarpały nim i kontrolowały wszystkie jego czyny. Nie rozumiał tego co się z nim działo. Tak silnie nie czuł jeszcze nigdy, a strach był przecież niewyobrażalny.
To co czuł nagle wymalowało się na jego twarzy. Przerażenie i zarazem szukanie nadziei. Choćby najmniejszej.
Inspektor skinął głową i odszedł, pozostawiając Falkowicza w jego własnej pustce.
*
W środku było całkiem przytulnie. Z pewnością mieszkanie nie zostało urządzone w myśl współczesnych trendów. Ciepłe kolory drewna i jego zapach wmieszał się w powietrze. Pod ścianami gabloty z książkami, choć ich okładki były w nienaruszonym stanie. Za wyjątkiem jednej półki. Tam każdy z egzemplarzy miał otartą lub powydzieraną na brzegach okładkę. Nie było wątpliwości co do tego, że te były używane najczęściej.
To z kolei było nie lada zaskoczeniem. Przecież właścicielami tego przytulnego domu byli przestępcy.
Otóż dziwić powinien nieco mniej fakt, iż za wspomnianym regałem mieścił się sejf, a w nim cały arsenał broni. Gotówki raczej tam nie znajdziemy. Każda skradziona złotówka została przechowana na kilkudziesięciu kątach bankowych. Żyjemy przecież w dwudziestym pierwszym wieku. Nawet gangsterzy idą z duchem czasu.
Na poddaszu, urządzonym już bardziej jakby w pośpiechu mieściły się dwa pokoje i dwie łazienki. Było tam również pomieszczenie, które przez każdą inną normalną rodzinę zapewne przeznaczone by było na schowek dla staroci, bądź po prostu pralnię. Jego funkcja była z goła inna. Mianowicie przetrzymywano tam jeńców. Tego dnia była nim Matylda.
- Jedz. - zbudziła się przestraszona, gdy coś z głośnym szelestem uderzyło w jej ciało. Odruchowo podkuliła nogi i podciągnęła do ciała dłonie. Gdy poczuła opór, zrozumiała że była skrępowana.
- Puśćcie mnie. - jęknęła, pociągając nosem.
- Jasne. - burknął pod nosem chłopak i złapał za drzwi.
- Policja mnie znajdzie. A jak nie oni, to mój tata.
- Już się boję.
- Bo jeszcze go nie znasz. - czując narastającą złość i poczucie buntu, szarpnęła nadgarstkami, lecz srebrna linka tylko wbiła się w jej skórę. - Znajdzie mnie i policzy się z wami. A mama wsadzi was za kratki. Jeszcze zobaczycie. Jest najlepszym prawnikiem w mieście. - coś, co ledwo widziała spadło z jej kolan. - Co to jest? - znudzony ta rozmową chłopak, spojrzał niechętnie w stronę połyskującej paczki, którą przed chwilą jej rzucił.
- Twój obiad. - już chciał zamknąć drzwi, pozbawiając dziewczynkę tym samym jedynego źródła światła, kiedy zatrzymał go jej głos.
- Nie możesz mi zapalić światła? - usłyszała westchnięcie.
- Nie. - odparł, mając nadzieję na święty spokój.
- Przecież ledwo się ruszam. Jak trochę światła miałoby mi pomóc w ucieczce? - warknęła zniecierpliwiona.
- Nie jesteś za pyskata jak na swój wiek? - otworzył nieco drzwi. Zamilkła na moment, mocując się z linką na nadgarstkach. Spojrzała na ciasno zawiązane i splątane kostki u nóg. Znieruchomiała, gdy dostrzegła że podchodzi do niej. Szedł wolnym krokiem, tupiąc ciężkimi butami o podłogę. W ruchu wydał się nieco starszy, jakby pewniejszy siebie niż wcześniej oceniła. Na jego twarz nie padał choćby najmniejszy promień światła, dlatego cały czas nie mogła zobaczyć jego rysów. Przy niechlujnych i chyba trochę za dużych jeansach zauważyła broń. Przykucnął tuż obok, zbliżył do niej swoja twarz, tak że błysnęły jej przed nią jego oczy. Uniósł żelastwo i od niechcenia pomachał jej nią przed oczami.
- Już nie taka odważna? - poczuła jego oddech nawet cofając się maksymalnie do surowej ściany za jej głową.
- Co chcecie ze mną zrobić? - szepnęła, a głos jej prawie nie zadrżał.
Nie odpowiedział. Popatrzył chwilę na nią i wyprostował nogi w kolanach. Stał tak przez chwilę i sięgnął po coś do kieszeni z tyłu spodni. Głuche pstryknięcie i coś świecącego na moment oświetliło jego zapadnięte policzki i uwypuklone kości jarzmowe. Zaraz potem to samo wylądowało z cichym brzęknięciem obok jej nóg.
Na moment oślepła, bo światełko - jak się okazało - przy długopisie było naprawdę jasne. Z lekko uchylonymi ustami spojrzała w górę, na mężczyznę stojącego nad nią. I zamarła.




Tadam tadam!
Krótko ale cieszę się, że znowu mogę Wam coś przesłać.
Falkowicz wariuje oczekując na wiadomość o córce. Oczekiwanie jest tym gorsze, że nie mają o niej kompletnie żadnej wiadomości. A dla rodzica każda chwila zwlekania to milion czarnych i czarniejszych myśli.
Ale poszukiwania ruszyły.
Wiemy gdzie jest dziewczynka. Przynajmniej częściowo.
I największa zagadka - czym był obiad Matyldy?

Nie czujcie rozczarowania tą częścią. Kolejna nie będzie za tak długo. I nie zgubimy akcji ;)

Stay tuned!
Trzymajcie się :)





niedziela, 11 marca 2018

Broken. Fragment rozdziału 17.


"(...)
- Proszę dać nam pracować. Inaczej będę musiał pana aresztować. A w obecnej sytuacji... - spojrzał na matkę Matyldy - oboje wiemy, że nie w areszcie jest teraz pana miejsce.
Andrzej także jakby dopiero dostrzegł rozdygotaną z nerwów żonę. Nie wiedział, czy to on sprawił, że po jej policzkach spływały teraz łzy. Nie do końca był świadomy siły swoich uprzednich słów. Być może nawet szok, jaki nim teraz kontrolował, wymazał je z pamięci mężczyzny. Umysł cały czas działał jak we mgle. Jedynie emocje szarpały nim i kontrolowały wszystkie jego czyny. Nie rozumiał tego co się z nim działo. Tak silnie nie czuł jeszcze nigdy, a strach był przecież niewyobrażalny.
To co czuł nagle wymalowało się na jego twarzy. Przerażenie i zarazem szukanie nadziei. Choćby najmniejszej.
Inspektor skinął głową i odszedł, pozostawiając Falkowicza w jego własnej pustce."



Dajcie mi czas do środy :D Będzie ciekawie. 





środa, 28 lutego 2018

Co nowego...


Od ostatniego rozdziału minęło... na pewno za dużo. :) Ale czas płynie jak szalony. Trudno znaleźć chwilę wolnego, a w niej jeszcze odrobinę weny. Bo staram się dać wam tekst napisany najlepiej jak potrafię. Ważę każde zdanie, zastanawiam się nad zwykłymi wypowiedziami bohaterów... najdrobniejszymi.
Ale mam kilka stałych punktów ciągu dalszego. Jakich?

Otóż w najbliższych rozdziałach rozstrzygnie się wątek uprowadzenia Matyldy. 
Wyjaśni się jeszcze jedna kwestia. A będzie z nią związana nowa postać. Planowałam od jakiegoś czasu jej wprowadzenie. Teraz nadejdzie jej moment. 
Moment zwrotny. A raczej... chwila prawdy. 

Co jeszcze chcielibyście zobaczyć? Na co najbardziej czekacie? Dajcie znać w komentarzach.

Uprzedzając pytania o next - czekajcie na fragment ;)

niedziela, 11 lutego 2018

Broken. Rozdział 16


Dla Patrycji, W, MK oraz OH ...

Bo należy żyć nadzieją, czy nie tak?

- Co chcesz teraz zrobić? – milczał. Zacisnął knykcie na skórzanej kierownicy. Jeszcze jeden głęboki oddech i przeciągłe spojrzenie na młodszego brata.
- Nie wiem czy to był dobry pomysł. – pokręcił głową.
- Z czym nie wiesz czy to dobry pomysł? – Krajewski zmarszczył brwi. – Musisz mi coś powiedzieć. Andrzej, cokolwiek! Chciałbym wiedzieć na czym stoję! – może i nieco samolubne było w tamtym momencie troszczenie się o własny zasób wiedzy. Być może te kilka słów prawdy niczego by nie zmieniły. Choć teorie psychologów jasno mówią, że dostarczając umysłowi negatywnych bodźców, możemy wywołać uwolnienie się do organizmu hormonów stresu. A stąd już tylko krok do pochopnych decyzji, mokrych dłoni i wytrzeszczu oczu, choć może w odwrotnej kolejności. Reakcje na silny stres są niezliczone, lecz mają jeden mianownik – brak racjonalnego myślenia.
- Nie powinieneś ze mną jechać. – odparł w końcu.
- Jasne. – młodszy przewrócił oczami. – Bo Kaśka siedziałaby cicho. – ironizował. – Nie wiesz z kim będziesz miał do czynienia. A przyda ci się ktoś kto trenował sztuki walki. – zakończył wymownym gestem palca.
- Ta? – mruknął Andrzej pod nosem. – Dwa lata temu i pojawiałeś się tam miesiąc? – uniósł jedną brew, wyraźnie podkreślając kpinę. Pasażer wzruszył jednak ramionami.
- I dużo się tam nauczyłem. – Falkowicz jednak odpuścił sobie dalsze dręczenie niczego nie świadomego brata. Bo martwił się czymś zupełnie innym, choć nie miał na to jeszcze żadnych dowodów. Dla dobra ich obu najlepiej byłoby, gdyby tym razem profesor jednak pomylił się w swoich rozmyślaniach. Ale jakkolwiek by na to nie spojrzał, zawsze wniosek był podobny. Adam także nie był bezpieczny. I jeśli te podejrzenia okażą się słuszne, to tego dnia na stole operacyjnym zmarł ktoś więcej niż bezdomny dzieciak. Tylko cudowny zbieg okoliczności mógłby sprawić, że jednego dnia zabito z takim samym okrucieństwem i pozostawiając takie same ślady tortur na ciele chłopca w tym samym wieku co przyjaciel jego córki, Szymon.
Niewiele można było przewidzieć na podstawie tych informacji, które im przedstawiono. Nie mniej jednak jedno wiedzieli na pewno, że chłopak ukrywał się przed mafią, której naraził siebie, a także i przede wszystkim – naraził córkę Falkowicza. Tyle wiedział i to wystarczyło, by w jego krwi krążyło zbyt dużo adrenaliny i by ta przysłaniała mu jasność myślenia. Jedyne czego pragnął to działać, nie siedzieć bezczynnie. Każdy ruch mógł przybliżać go do odzyskania córki, choć… równie dobrze pogorszyć i tak beznadziejną sytuację ich wszystkich.
- Patrz przez okno. Może ją znajdziemy zanim do reszty osiwieje.
Znacie rodzica, który modliłby się o to by jego dziecko okazało się wagarowiczem? Może Andrzej był pierwszym takim w historii. Bo wolał stawić czoło jej młodzieńczemu buntowi i nieobecnościom na zajęciach, niż pogodzić się z tym że cokolwiek jej grozi. Dlatego teraz z taką wielką nadzieją wypatrywał jej wśród w dzieci chodzącymi ulicami Warszawy. Chciał wśród nich ujrzeć swoją córkę. I był przekonany, że przytuliłby ją, gdyby tylko ją zobaczył; wybaczył wszystko i zabrał ją do domu, tam gdzie jest najbezpieczniejsza. Myślał o tym, jak rzadko okazywał jej, że ją kocha. Dla niej był w stanie nauczyć się tego.
Znacie drugiego takiego rodzica?
*
Kolejny policyjny wóz podjechał pod budynek. Stary, opuszczony niegdyś wieżowiec, teraz zaczął tętnić życiem, choć stało się to koszem jednego koszmarnego morderstwa. Od kiedy karetka odjechała, na miejsce nie przestały przejeżdżać kolejne pojazdy specjalistów. Lecz, gdy do szefa śledztwa dotarła wieść o śmierci ofiary, rój funkcjonariuszy jakby zmroziło na moment. Wiedzieli, że od tamtej pory mieli do czynienia z czymś poważniejszym, znacznie większym. Od tej pory chodzili po miejscu zbrodni. Wszystko czego dotykali, bądź schody którymi wspinali się na odpowiednie piętro mogły pozostawiać kluczowe dowody. A to czy je dostrzegą będzie ważyło na ich karierze.
To ich zmobilizowało. Zaczęli pracować w ciszy, większym skupieniu. Nie mogli jednak przewidzieć jednego. Że wśród nich samych jest członek winnej wszystkiemu mafii. W stroju policjanta, rozglądał się dookoła, niepostrzeżenie nadzorował pracę innych śledczych. Dbał, by jego szef miał najświeższe informacje. To od niego wyszła informacja, która potem została przekazana Kasi.
- Hej ty! – mężczyzna w policyjnym uniformie odwrócił się, do „przełożonego”.
- Tak?
- Zbieraj się. Nie słyszałeś? Koniec zmiany. Za chwile przychodzi specjalistyczna ekipa. – policjant zmarszczył brwi, przyglądając się mężczyźnie, którego nie mógł sobie przypomnieć.
Szpieg kiwnął głową i zniknął na klatce schodowej. Wyszedł z budynku i wsiadł do auta, gdzie czekał na niego jego wspólnik.
- Znaleźli coś?
- To idioci. – odparł zadowolony z siebie, zapinając pas. Mężczyzna, który siedział za kierownicą przeżuł kolejny kęs pączka i wytarł brudne od lukru dłonie w spodnie.
- To dobrze. Szef i tak ma zły humor. – fałszywy policjant spojrzał na wspólnika krótko i zaśmiał się pod nosem.
- Słyszałem. Gratuluję akcji. – samochód odpalił, kierujący już szykował się do odjazdu, kiedy jego kolega zauważył coś pod budynkiem.
- Stój. – pochylił się nad kokpitem, nie wierząc własnym oczom. Odszukał w pamięci obraz twarzy, którą widział może raz w życiu. I rozpoznał ją. – A niech mnie. Pod sam nos.
*
Wszystkie dzieci chcą być dorosłe, dopóki nie doświadczą czym ta dorosłość pachnie. Dziewczynki zakładają szpilki swoich matek, synowie wsiadają do aut swoich ojców i udają, że pędzą po torze wyścigowym. Każde z nich chce być wyższe, móc posiadać własne pieniądze i co najważniejsze – robić wszystko bez otrzymywania na to zgody. Pędzą tak do tego stanu posiadania nieograniczonych możliwości, nie będąc świadomym co ich czeka. Zderzenie z rzeczywistością okazuję się bolesne. A przecież miało być tak beztrosko, choć jak na ironie losu – właśnie z niej uciekli.
Kiedy tak idąc tym tokiem przemyślimy wszystko znacznie głębiej, dojdziemy do zaskakującego wniosku, że wszystko toczy się właśnie wokół dzieci. By poprzeć tę bądź co bądź odważną hipotezę, pokuszę się o kilka argumentów, jak przystało na porządną szkolną rozprawkę.
Otóż doroślejąc zdajemy sobie sprawę  z tego, że najlepsze lata swojego życia przypadają na okres dzieciństwa. To z tego czasu wywodzą się wszystkie najpiękniejsze wspomnienia, tęsknimy do doznanych wtedy zapachów, czy smaków. Nie ma osoby, która nie wspominałaby kuchni mamy bądź babci. Zawiązane wtedy przyjaźnie, pozostają w pamięci na zawsze i budzą w nas sentyment. I aż serce rwie, by móc cofnąć czas. 
Ten, w którym ukształtowaliśmy się jako ludzie. Wszystkie nasze postawy, nasz fundament moralny. Jego początki i solidne rusztowanie powstało we wczesnych latach dzieciństwa. Za sprawą środowiska, rodziny… jaka by ona nie była. Ze złych wspomnień jesteśmy wyciągnąć wnioski, które ocalą nas przed błędami swoich przodków. Wszystko po to by stać się lepszym człowiekiem.
Bo nic nie dzieje się przypadkiem. Każda spotkana osoba ma na nas wpływ. A mądrzy dorośli wiedząc o tym, chronią swoje małe pociechy, starając się zasłonić je przed całym złem świata. Ukształtować ich. Dać im namiastkę szczęścia, którego potem jest tak mało.
Matylda, jedyna pociecha Falkowicza i jego wciąż małżonki, wpadła w nie lada kłopoty zadając się z chłopakiem, który okazał się być zamieszany w nieczyste interesy. Ale… czy serce obchodzą takie drobnostki, kiedy zaczyna bić mocniej na każde Jego wspomnienie? Rozum, choć jego działanie należy tutaj poddać zwątpieniu, snuje bajkowe wizje wspólnej przyszłości. Idealne obrazy, które widuje się tylko w filmach. W marzeniach nastolatki nie było miejsca na przeszkody, jakie stawiała brutalna rzeczywistość. Bo należy żyć nadzieją, czy nie tak?
Idąc zatem uliczką, która miała zaprowadzić ją do opuszczonego biurowca, w którym „pomieszkiwał” Szymon, uśmiechała się pod nosem, nie mogąc doczekać się ich spotkania. Hardym krokiem, ściskając w dłoniach szelki plecaka, który podskakiwał na jej plecach z każdym krokiem, przemieszczała się dzielnicą Warszawy. Tam gdzie budynki wyglądały na opuszczone, a ludzie podejrzanie, Matylda wyróżniała się w środowisku. Zbyt wesoła, zbyt beztroska i kolorowa. Z torba wypchaną kanapkami i drożdżówkami, które znosiła zbuntowanemu uciekinierowi. Robiła tak już od jakiegoś czasu. Była przekonana, że gdyby nie ona, nastolatek już dawno umarłby z głodu. Choć poniekąd… traktowała to jako idealny pretekst, by spotykać go dzień za dniem. W przeciwnym razie wyszłaby zapewne na zdesperowaną, albo co gorsza – nachalną.
Gdy w końcu zbliżyła się do celu, jakie było jej przerażenie, gdy zauważyła mnóstwo policyjnych radiowozów. Zwolniła kroku, mocniej ściskając szelki na swoich barkach.
Złapali go.
Zbladła. Mimo strachu zrobiła kilka kroków w przód. Zacisnęła usta i raźniejszym krokiem ruszyła do przodu. Pomyślała, że jeśli uda niewzruszoną, nikt jej nie spostrzegnie. Musi tylko udawać taką, która nie ma nic do ukrycia. Jest tylko zwykłą uczennicą, która zmierza tędy do… szkoły właśnie.
- Halo A ty dokąd? – zastygła, gdy tuż przed nią jak spod ziemi wyrósł policjant. Otworzyła buzię, zapominając jak się jej używa. – No? Zgubiłaś się? – patrzył na nią podejrzliwie.
- Ja tylko… - nie mogła przypomnieć sobie wymówki, którą jeszcze wcześniej powtarzała w myślach.
- Tutaj jest niebezpiecznie mała. – rozejrzał się po okolicy, jakby mając to w nawyku. – Tam na górze zabili młodego chłopaka. Niewiele starszego od ciebie. – pokręcił głową.
Matylda spojrzała na wszystkie auta, błyszczące nadal policyjne światła, budynek, do którego tak często ostatnio wchodziła.
- Ja… - nie potrafiła poskładać myśli. Nie mogła uwierzyć, że chodzi o Szymona. Takie rzeczy nie dzieją się przecież naprawdę, widywała je tylko w filmach. Nie mogli skrzywdzić niewinnego chłopaka… wiedziała, że był dobry. Za co ktoś mógłby sprawić mu taką krzywdę?
- Masz pojęcie co mogłoby się stać, gdybyś przechodziła tutaj trochę wcześniej? – młody policjant, który także miał małą córeczkę, zatrzymał na chwilę wzrok na wystraszonej dziewczynce. Była tak przerażona, że wydawało mu się iż przemówił jej do rozsądku. Kto mógł przewidzieć czym tak naprawdę było spowodowane jej osłupienie?
- Zawiozę cię do domu. – wyciągnął z paska krótkofalówkę. – Już ja sobie porozmawiam z twoimi rodzicami. Będą odwozili cię pod same drzwi szkoły. – mając ją cały czas na oku, zameldował się przez radio i przekazał kolegom, że zamierza opuścić na chwile miejsce przestępstwa. Wyjął z kieszeni kluczyki do auta i kładąc na ramieniu dziewczynki dłoń, poprowadził ją.
- Czołem – na chodniku pojawił się młody mężczyzna w ubraniu policjanta. Zasalutował z uśmiechem, nie darząc dziewczynki spojrzeniem. – Złapałeś wagarowiczkę?
Ten za plecami Matyldy przyjrzał się drugiemu mrużąc oczy. Nie poznawał kolegi po fachu, a wydawało mu się, że ma dobrą pamięć do twarzy. Musiałby choć raz spotkać go. Zanim zdążył cokolwiek odpowiedział, tamten już wyciągnął rękę w stronę nastolatki.
- Odwiozę ją. Akurat kończyłem zmianę. – przyciągnął do siebie małą. – Szef mówił, że macie tam sporo roboty. Chyba lepiej, żeby nie dowiedział się, że zamiast szukać dowodów, odwozisz małolaty po szkole. – kiwnął głową w stronę całego zamieszania. – Możesz wracać. – uśmiechnął się szerzej.
Policjant nie ruszał się jednak z miejsca.
- Już zgłosiłem, co miałem zamiar zrobić. – krok w stronę dziewczynki, lecz przestępca cofnął się, szarpiąc do tyłu dziewczynkę. Mundurowy zmarszczył brwi. – Nie znam cię. – przekręcił głowę, mając dziwne przeczucie. – Którą szkołę kończyłeś? – mężczyzna pomyślał przez chwilę i na moment uśmiech na jego twarzy przygasł.
- Tę… najlepszą. – zaśmiał się, ukazując rząd białych (przynajmniej tych na przodzie) zębów.
- A tak. – przeliczając coś w pamięci policjant przytaknął powoli. Po chwili gwałtownie szarpnął za pistolet u swojego boku, próbując drugą ręką przyciągnąć do siebie nastolatkę. Matylda nadal oszołomiona, nie bardzo wiedziała co się w tamtym momencie wydarzyło. Wszystko było w porządku, do czasu, kiedy ten pierwszy mężczyzna nie próbował wyciągnąć broni. Tak jej się przynajmniej wydawało, bo ten drugi bez najmniejszego szelestu, ze stoickim spokojem i diabelnym refleksem wyciągnął coś, co dopiero potem dostrzegła. Policjant osunął się na ziemie, ze wzrokiem jeszcze bardziej zaskoczonym niż jej. Nie miała pojęcia co się stało, dopóki nie ujrzała stróżki krwi wypływającej z ust upadającego. Przed oczami zabłyszczał jej nóż, wyciągnięty z ciała biedaka. Przez moment próbowała nawet ucieczki. Lecz… chyba zapomniała jaką szybkością i zwinnością ruchów wyróżniał się obcy w mundurze. Złapał ją za plecak, a ona zawisła na moment na szelkach.
- Chyba jednak pojedziesz ze mną. 



Taką akcję lubię najbardziej. A wy? Koniecznie dajcie znać w komentarzach jak Wasze odczucia.
Pozdrawiam ciepło!


czwartek, 8 lutego 2018

Broken. Fragment rozdziału 16.



"Kolejny policyjny wóz podjechał pod budynek. Stary, opuszczony niegdyś wieżowiec, teraz zaczął tętnić życiem, choć stało się to koszem jednego koszmarnego morderstwa. Od kiedy karetka odjechała, na miejsce nie przestały przejeżdżać kolejne pojazdy specjalistów. Lecz, gdy do szefa śledztwa dotarła wieść o śmierci ofiary, rój funkcjonariuszy jakby zmroziło na moment. Wiedzieli, że od tamtej pory mieli do czynienia z czymś poważniejszym, znacznie większym. Od tej pory chodzili po miejscu zbrodni. Wszystko czego dotykali, bądź schody którymi wspinali się na odpowiednie piętro mogły pozostawiać kluczowe dowody. A to czy je dostrzegą będzie ważyło na ich karierze.
To ich zmobilizowało. Zaczęli pracować w ciszy, większym skupieniu. Nie mogli jednak przewidzieć jednego." 


Że? Widzimy się niebawem. Dowiemy się między innymi gdzie jest Matylda :)
Bądźcie gotowi!