niedziela, 15 lipca 2018

Broken. Fragment rozdziału 20.



"Kobieta siedziała w kącie swojej sypialni. Obok niej ciągnące się od podłogi po sam sufit okno, niemal zajmowało całą powierzchnię ściany. Gdyby ktoś chciał ją teraz obserwować, miałby ułatwione zadanie. Wystarczyła by zwykła lornetka, nawet wersja dla dzieci, by dostrzec jej strapiony wyraz twarzy. Bo w końcu myślała trzeźwo. Tabletki jakie przyjmowała nie pozwalały jej zebrać myśli. Bez nich nie czuła się już śpiąca. Wbrew oczekiwaniom, tylko bardziej ją przytłaczały, zabierały jasność umysłu. Kobieta z jej wojowniczym duchem była jedynie uwięziona w ciele bezradnej matki. "



Coś z serii "zamiana" dusz na linii Falko - Kaśka :) 
No nexta dzień albo dwa. Albo trzy. 



poniedziałek, 9 lipca 2018

Broken. Rozdział 19, cz. II


Chluśnięcie wody o bladą skórę i mocny jej rozbryzg po uderzeniu o twarz. Niby jakby po wszystkim krople pospiesznie spływały z jego brody i wpadały z powrotem do białej umywalki. Tam zbierały się w jeden strumień i spływały do spływu.

Mężczyzna oparł o porcelanowe brzegi drżące dłonie i pochylił się nad nią. Jeden głębszy wdech – tylko na taką próbę uspokojenia się było go stać w tamtym momencie.

Usłyszał pukanie, na które nie odpowiedział ani słowem. Nie dlatego że nie miał ochoty, raczej brakowało mu sił.

- Andrzej? – znowu pukanie. – Mam wejść?

To była publiczna toaleta, a do tego drzwi wejściowe wcale nie dały się przekręcić na klucz (z resztą po zamku została w nich jedynie wyszczerbiona, zaklejona czymś dziura). Adam w każdej chwili mógłby wejść do środka i sprawdzić starszego braciszka, czy ten nie utopił się we własnych wymiocinach.

Mężczyzna nalał raz jeszcze wody w złożone dłonie i nabrał jej do ust, by wypłukać z nich gorzki posmak. Urwał może trochę za dużo papieru i  wytarł nim mokrą skórę. Na lekko drżących kolanach ruszył w stronę wyjścia z obskurnej łazienki w budynku prosektorium. Wyprostował się nieco, by nie wyglądać tak beznadziejnie jak się właśnie czuł.

Pchnął stare drzwi, tylko jakimś przypadkiem spróchniałe nie wypadły z zawiasów. Spojrzał na młodszego brata i kiwnął głową.

- Możemy jechać. – Adam przytknął.

- Zadzwonię tylko Wiki, że zaraz będziemy. – Uśmiechnął się pokrzepiająco, myśląc że w cudowny sposób zarazi tą radością Andrzeja. – Pewnie umierasz z głodu. – poklepał Falkowicza po ramieniu.

- Nie. – zatrzymał się na chwilę na korytarzu i zwrócił w stronę Krajewskiego. – Nie do domu, do Aldony. – przetarł dłonią mokre czoło. – Pewnie się martwi. Długo nie odzywałem się do niej.

- A Kaśka? – zapytał, a w jego głosie za bardzo było słychać pretensję. Gdy zdał sobie z tego sprawę, skrzywił się lekko i kontynuował łagodniej. – Ona też to przeżywa i będzie potrzebowała teraz twojego wsparcia. – Andrzej wypuścił powietrze z płuc i zwiesił głowę pomiędzy ramionami.

- Ta kobieta czyta z mojej twarzy jak z otwartej księgi. Nie mogę się jej teraz tak pokazać. – wyjaśnił i ruszył dalej w stronę wyjścia.

- To jest cały czas twoja żona Andrzej! – starszy zatrzymał się, jakby słowa, które wypowiedział Adam szarpnęły zaczepnie za jego ramiona. – Nie macie rozwodu, sam go nie chciałeś. Musisz ją wspierać. – zacisnął zęby i odwrócił się na pięcie. Adam stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym przed chwilą jeszcze stali oboje.

I wszystkie te chwile w których czuł się samotny, czuł ból i chwile zwątpienia w istnienie jakiegokolwiek sensu dalszego życia dały o sobie znać. Tylko on wiedział jak bardzo się starał. Być dobrym ojcem, odpowiedzialnym mężczyzną, uczciwym mężem i za każdym razem postępować jak należy. Chciał znosić wszystko z klasą, nie dawać po sobie poznać gdy czuł porażkę, z pokerową twarzą podnosić się z kolan i próbować raz jeszcze. Jego wizytówką była siła. Tylko gdy człowiek traci wszystko… nawet najsilniejszego można wtedy złamać.

- Ja też potrzebuje wsparcia! – wrzasnął, a jego głos poniósł się po długim korytarzu. Zacisnął zęby, wyginając usta w podkowę. – Przed chwilą omal nie pochowałem własnego dziecka. – dodał drżącym głosem, po chwili zaciskając usta, chcąc zamaskować grymas rozpaczy. – To mogła być… - spazmatyczny wydech i opuścił głowę w dół. Dłonie, które przez moment zwisały jakby bezwładnie wzdłuż jego zgarbionego ciała, powędrowały na twarz. Skrył się za nimi na moment, by ukryć nimi swoją rozpacz, jakiej w końcu się poddał.

Lekko zdezorientowany tym widokiem Adam, na chwilę nie ruszył się z miejsca. Nigdy nie widział brata w takim stanie, dlatego nie wiedział jak powinien się teraz zachować.

- Znajdziemy ją. – Adam szczerze w to wierzył. Nie wiedział tylko czy brat także. Naprawdę nie potrafił go rozszyfrować. Tym bardziej kiedy Falkowicz zsunął dłonie z twarzy i nadal pochylony podparł się jedną ręką o pomalowaną farbą olejową ścianę. Stał przodem do wyjścia, a tyłem do Adama. Dodatkowo światło biło tak mocno przez stare szyby w drzwiach na końcu korytarza, że młody chirurg momentami mógł widzieć przed sobą tylko ciemną sylwetkę, tak też było w tamtej chwili. Chwilę ciszy przerwał dźwięk ślizgającej się po ścianie dłoni.

*

Patolog powoli odsłaniał białe prześcieradło, co jakiś czas lekko odrywając je od zaschniętych już ran. Dźwięk ten był tak delikatny i tak cichy, że dziwne wydawało się, by ktokolwiek to usłyszał. Być może wyobraźnia odegrała tutaj dużą rolę.

Falkowicz czekał aż odsłoni się twarz leżącej przed nim dziewczynki. Bóg mu świadkiem, że modlił się tej chwili po raz pierwszy w swoim życiu. O to, by nie odnalazł Matyldy, nie teraz. O to by w tej chwili nie stał właśnie przed nią.

Gdy pracownik prosektorium odkrył to makabryczne dzieło jakiegoś niewyżytego sadysty, Andrzej nabrał powietrza w płuca i zatrzymał je tam na dłuższą chwilę.

Ten sam kolor włosów, waga… choć kształt twarzy był mocno zniekształcony, sądził iż mógł się zgadzać. Opuchnięte powieki, prawa okropnie przekrwiona do tego, a z zewnętrznego kącika tego oka rozciągało się w stronę skroni ostre rozcięcie. Kość nosowa złamana, przez ranę po środku widoczna gołym okiem. Policzki znajomo pełnych kształtów, lewy nieco mniej przez delikatnie zapadniętą kość jarzmową. A żuchwa…

- Chryste – był chirurgiem, widywał połamane żuchwy. Mimo to przymknął oczy i odwrócił się na moment, jakby za nim było nieco więcej powietrza.

- Bardzo mi przykro. – usłyszał z plecami.

Ściągnął z oczu palce, wypuścił z klatki piersiowej całe powietrze jakie się w niej znajdowało.

- To nie jest moja córka. – odparł gorzko. Zaciskając mocno zęby, odwrócił się niechętnie, lecz tak by stać bokiem do ciała. Kątem oka widział zapadnięte usta, które straciły swoją podporę, jaką były zęby. Zmarszczył brwi, zaskoczony.

- Żyła kiedy ją znaleźli? – patolog zaskoczony uniósł brwi. Andrzej nie potrzebował odpowiedzi, a reakcja starszego mężczyzny tylko potwierdziła jego podejrzenia. To, że to dziecko przeżyło atak nie było dla niego wbrew waszym oczekiwaniom dobrą wiadomością. Obrażenia i tak nie dawały jej szans przeżycia. Widział jak wyglądała klatka piersiowa, której kształt naśladowała cieniutka biała narzuta, zapadnięta w jednym miejscu. To plus twarz, dawały mu obraz nieopisanego cierpienia jakie przechodziła ta dziewczynka.

- Straciła zęby podczas intubacji. – wyjaśnił krótko i ruszył w stronę wyjścia.

*
Zza gęstej mgły wyłoniła się twarz. Zmarszczył czoło, próbując skojarzyć choć jej właściciela. Potem dotarł do niego głos, który wypowiadał raz po raz jego imię. 
- Przestań wrzeszczeć. – pomruk jaki wydobył się z jego ust, wydał mniej więcej takie słowa. Podniósł lekko głową, próbując złapać się czegoś dłonią jednocześnie, by podciągnąć się z podłogi. Zimne płytki i farba olejna na ścianie, do tego ta ich martwa zieleń przypomniała mu gdzie się znajduje. 
- Zemdlałeś. – Adam chwycił go mocno za ręce i pomógł wstać, asekurując przy tym, by zapobiec ponownemu upadkowi. Jego przerażona twarz dobitnie pokazywała, że za diabły nie chciałby aby to się powtórzyło. 
- Właśnie – wszystko powoli wirowało. – A nie ogłuchłem. – karuzela w głowie sukcesywnie zwalniała. Czując, że jest w stanie chodzić, ruszył do wyjścia tak jakby niewiele się wydarzyło. Przemierzył mały dystans i znowu zaczęło brakować mu tchu. Na plecach spłynęły krople zimnego potu, a usta zaschły od przyspieszonego oddechu. Na nowo rozmazywał się obraz przed oczami i kiedy już myślał, że traci także władzę nad nogami, poczuł jak ktoś podpiera go swoim ciałem. Zmęczony spogląda na Adama, na którym musiał uwiesić swój ciężar. 
- Powinien cię zobaczyć twój lekarz. - mruknął pod nosem, zły na siebie, że prędzej na to nie wpadł. 
- Braciszku... 
- Wiem, chciałeś jechać do Aldony. I nie myśl sobie że się tobą przejmuję, ale nie wiesz ile dla mnie znaczy ta moja nerka, którą ci oddałem. - Andrzej milczał, bo niebawem miało wyjść na jaw, że zaniedbał nie tylko przyjmowanie posiłków, ale także swoich immunosupresyjnych leków. 



To co lubię ja, sądzę że i Wy - medyczny wątek. Pojawi się nie jeden. Zbliżamy się do wyjaśnienia zagadek, jedna po drugiej. 
Mam szczerą nadzieje, że nie nudzę. I że nadal lubicie tutaj zaglądać. 
Do "zobaczenia" przy okazji nextu! :D






niedziela, 1 lipca 2018

Broken. Fragment rozdziału 19. cz II



"Mężczyzna nabrał raz jeszcze wody w złożone dłonie i nabrał jej do ust by wypłukać z nich gorzki posmak. Urwał może trochę za dużo papieru i  wytarł nim mokrą skórę. Na lekko drżących w kolanach ruszył w stronę wyjścia z obskurnej łazienki w budynku prosektorium. Wyprostował się nieco, by nie wyglądać tak beznadziejnie jak się właśnie czuł. "


Odliczamy do restartownia bloga?


środa, 16 maja 2018

Zawieszenie


Zaczynając od konkretów - zawieszam bloga na czas do 13 lipca tego roku. Do tego czasu nie powinny pojawiać się tutaj posty.
Dlaczego? Otóż ze względu na natłok praktyk (studiuję pielęgniarstwo) - które oczywiście trzeba też odespać... Ze względy na studia i egzaminy jakie mnie czekają zdecydowałam się poświęcić wolne chwile na naukę, a pisanie odłożyć na luźniejszy czas.

Zrozumiem jeśli porzucicie czytanie tego bloga.
Ale we wakacje będzie czekać tutaj na Was rozdział. Sami zdecydujecie czy jeszcze będziecie ciekawi kogo uśmiercę :)

Mam nadzieję do zobaczenia.
Trzymajcie się ciepło.
Szybko zleci.
Cześć! :)

<3



poniedziałek, 7 maja 2018

Broken. Rozdział 19 część I

Wyjątkowo w częściach, bo wyjątkowo nie za długo :) Reszta mam nadzieje niebawem.



Mawiają, że nieświadomość jest błogosławieństwem. Bo gdy raz dotrze do ciebie ta zła wieść, nieprzychylna tobie prognoza (i nie chodzi wcale o tą pogodową), wyrok - niekoniecznie więzienia, wtedy nie ma już odwrotu. Stajesz twarzą w twarz z własnym strachem i witasz się z nim jak z dawnym przyjacielem. Od teraz będzie ci on towarzyszył długą drogę. Pytanie jednak nasuwa się samo. Jaka będzie twoja reakcja na osobiste trzęsienie ziemi? Poddajesz się, czy walczysz? Doskonale wiesz, że nie ma nic pomiędzy. To jak żyć, albo umrzeć; góra albo dół; w środku bądź na zewnątrz. Żadnych kompromisów. Zatem pytam jeszcze raz - poddajesz się, czy walczysz?

Nie wiedziała czy powinna tam przychodzić. Jednak siedzenie w domu wydawało się jej najgorszą z możliwości. Nikt nie odpowiadał na jej telefony, była poza jakimikolwiek informacjami. Jedyne co wiedziała, to tyle, że jego córka zaginęła. Nie powiedział nic więcej. Tylko tyle, że musi się teraz zająć żoną. Jak mogłaby sprzeciwić się jego decyzji? Chodziło o jego dziecko.
Tylko czy była egoistką myśląc teraz o własnej samotności? Andrzej kompletnie się od niej odsunął. Nie odbierał telefonów, ani nie odpowiadał na sms-y. Musiała to przyznać - trochę ją to zabolało.
Ganiąc się w myślach, zapukała w końcu w drewniane drzwi. Serce waliło jej jak młot, jakby zaraz miało wyrwać się z klatki piersiowej. Błagała w myślach, by otworzył właśnie on.
Minęła jakaś chwila i gdy chciała w pośpiechu oddalać się z posesji, ktoś jej otworzył. Wstrzymała na chwilę oddech i spojrzała na twarz wychylającą się zza wejścia.
- Dzień dobry. - zmarszczyła brwi, nieruchomiejąc na moment. Nie poznawała tej kobiety. Z niechęcią przyznała, że owa nieznajoma była całkiem ładna.
- Pani do kogo?
- Do... - pomyślała na chwilę, jak miałaby go określić. "Do męża właścicielki domu" czy zwyczajnie "do ojca zaginionej dziewczynki"? - Do Andrzeja. - kobieta odchyliła trochę drzwi, ale nie po to by wpuścić do środka Aldonę, lecz raczej by jeszcze przez chwilę poprzesłuchiwać gościa.
- Andrzeja Falkowicza? - przytaknęła zdziwiona. - To niemożliwe.
- Pomyliłam adres? - nie sądziła, by to było możliwe.
- Po prostu nie ma go teraz w domu. - Rudowłosa kobieta skrzyżowała dłonie na piersi, patrząc bacznie na blondynkę, lecz po chwili jej uwagę zwróciło coś we wnętrzu domu.
- Nie mogę się z nim skontaktować. Mogłaby pani mu przekazać...
- Kto cię tutaj zapraszał. - w wejściu pojawiła się Kasia. Blada twarz, podkrążone oczy i nieułożone włosy - zdecydowanie nie tak zapamiętała ją Aldona. Kiedy spotkały się ostatnio, pani mecenas wyglądała kwitnąco... choć może to nie najlepsze określenie na kobietę, która właśnie dowiedziała się o zdradzie męża. Teraz nędzny wygląd żony Falkowicza wstrząsnął panią Gronert. Zastanawiała się czy tak samo wyglądał teraz Andrzej. Wyobrażała sobie, że musiał cierpieć, ale dopiero teraz uświadomiła sobie jak niszczy utrata dziecka. Wypuściła z klatki piersiowej powietrze, nie wiedziała co mogłaby powiedzieć.
- Przepraszam. - cofnęła się o krok.
- Nie masz prawa przychodzić do mojego domu, do domu mojej rodziny! - krzyknęła, a w jej oczach zbierały się łzy. - Chciałaś sobie popatrzeć jak wali się wszystko co miałam? - tracąc siły w płucach syknęła, kończąc szeptem. Jej twarz skrzywił grymas rozpaczy. - O to ci chodziło? Żeby zobaczyć jak ją też tracę?
- Wracajmy. - Wiktoria złapała ją i pociągnęła za sobą do środka, zamykając za sobą drzwi.

Strach. Paraliżuje nas i zaburza jakąkolwiek zdolność do oceny sytuacji. Choć wielu uważa, że jest on oznaką mądrości. Ludzki umysł wykrywa zagrożenie i naturalną jego reakcją jest obrona przed nim. Zatem wyzwala w nas ten lęk, by unikać niebezpieczeństwa. Ignorując go, jesteś głupcem.
Chociaż możnaby się rozwodzić nad tym zagadnieniem w nieskończoność. Świat jest przecież złożony. Pewnych pojęć nie można zdefiniować w dwóch słowach. Jest też przecież coś takiego jak bohaterstwo i odwaga. Być może. Ale bohaterowie nie koniecznie zawsze dbali o swoje życie w obliczu zagrożenia. A z punktu widzenia ich rodzin... pakowanie się w kłopoty to najprostsze określenie głupoty. Bo to nie polegli nieustraszeni cierpią po ich nieudanym bohaterskim czynie. Śmierć przecież nigdy nie dotyka tylko zmarłego. Dla niego jest to koniec, dla bliskich początek długiej rozpaczy. Zatem ryzykując życie, nie ryzykujemy tylko w swoim imieniu. Stawiamy na szali także życie naszych bliskich. Bo ich dotknie cierpienie po stracie nas.
Dziękujmy zatem ludziom, którzy stworzyli pojęcie "bohater". Nie jednym żałobnikom pozwoliło ono przetrwać śmierć bliskiej osoby.





Urwany rozdział, to nie najlepszy rozdział. No przynajmniej ten. Ale wstawiam to co mam. Trzymajcie kciuki, żebym znalazła czas na szybkie napisanie reszty. :)




wtorek, 1 maja 2018

Broken. Fragment rozdziału 19.


"Mawiają, że nieświadomość jest błogosławieństwem. Bo gdy raz dotrze do ciebie ta zła wieść, nieprzychylna tobie prognoza (i nie chodzi wcale o tą pogodową), wyrok - niekoniecznie więzienia, wtedy nie ma już odwrotu. Stajesz twarzą w twarz z własnym strachem i witasz się z nim jak z dawnym przyjacielem. Od teraz będzie ci on towarzyszył długą drogę. Pytanie jednak nasuwa się samo. Jaka będzie twoja reakcja na osobiste trzęsienie ziemi? Poddajesz się, czy walczysz? Doskonale wiesz, że nie ma nic pomiędzy. To jak żyć, albo umrzeć; góra albo dół; w środku bądź na zewnątrz. Żadnych kompromisów. Zatem pytam jeszcze raz - poddajesz się, czy walczysz?"



Well... może lepiej żyć wam jeszcze chwile w nieświadomości?







czwartek, 12 kwietnia 2018

Broken. Rozdział 18


Te same czarne włosy, ten sam gniewny grymas na twarzy i podbródek, który zdobił - powiedzieć by można - uroczy dołek. Przyglądała się mu nie małym zaskoczeniem, a serce niebezpiecznie zbliżyło się do ściany klatki piersiowej, jakby za chwilę miało się z niej wyrwać. Przez chwile nawet myślała że to on. 
- Ty... - wydusiła z siebie, ale co chciała wyrazić, utkwiło gdzieś w krtani. 
- W końcu poznałaś, co? - pociągnął nosem, pocierając go potem dłonią. Przekrwione oczy, te zupełnie nie podobne do oczu Szymona, zdradzały jego uzależnienie. I choć Matylda nie miała medycznej wiedzy, na pewno nie taką by poznać oczy narkomana, ale wystarczyło jej to, co mówił o swoim bracie Szymon. - To nie było mądre. - szepnął, obdarzając ją spojrzeniem szaleńca. Małe źródło światła odkrywało przed nią bardzo wiele. - Teraz będę musiał cię sprzątnąć. - pochylił się nad dziewczynką, bronią odgarną opadające na jej twarz kosmyki włosów.
Widział jak drżała, jak jej oddech przyspiesza, a szeroko otwarte oczy unikają jego spojrzenia. Czuła się obezwładniona, nie tylko przez spętane metalową linką dłonie i kostki. Cała odwaga wyparowała z niej jak za pstryknięciem palców. Teraz była już tylko śmiertelnie przerażoną czternastoletnią dziewczynką, pozostawioną samą sobie z ludźmi, którym nic nie zawiniła.
- Cykasz się. - uśmiechnął się pod nosem. Chwycił paczkę chipsów leżącą obok jej stóp i otworzył z głośnym szelestem. Położył na kolanach zakładniczki i patrzył na nią jeszcze przez moment zamglonym wzrokiem. Promienie światła drżały, tak jak świecący długopis w dłoniach roztrzęsionej nastolatki.
- Dla...czego wy... - dukała pomiędzy wciąganymi haustami powietrza.
- Dla nich nie znaczysz nic. - odważyła się podnieść spojrzenie, zmarszczyła brwi.
- Myślałam...
- To słabo ci idzie. - skwitował, przewracając oczami. - Mój brat był jednym z nas, ale jest nas sporo. Nikt nie przejmuje się kotem. Mało takich dostało kosę? - zaśmiał się, choć nie było w tym krzty żartu.
- Ale to oni go... zabili. - prawie szepnęła.
- Młody gówniarz chciał uciec. - pokręcił głową z niedowierzaniem. - Z tego biznesu się nie wychodzi. Siedzisz w tym bagnie dopóki nie zgnijesz, łapiesz? - bezwiednie pomachał jej bronią przed twarzą. Przytaknęła szybko. - Ucieczka to wyrok śmierci. - dodał gorzko, patrząc w betonową ścianę gdzieś za dziewczynką, uciekając myślami daleko. A może to tylko efekt narkotyków?
- To po co mnie tutaj trzymają? - zapytała po chwili.
Ten zaś zapewne obudził się ze swojego transu. Wyglądał, jakby nie wiedział kim jest nastolatka, która zadaje mu te wszystkie pytania i dlaczego znajduje się w tamtym pomieszczeniu. Wstał z kolan i nie odwracając się, cofnął o kilka kroków i zniknął za drzwiami.
*
Dom opustoszał. Nie kręcili się już w nim nieznani mu ludzie, którzy z czasem w jego opinii tylko mile spędzali wolny czas na grzebaniu w urządzeniach śledczych. Ich działania nie przynosiły kompletnie żadnych rezultatów. A jedynym zadowalającym było by odnalezienie małej Matyldy.
Wiedzieli, że jej komórka została wyłączona lub zniszczona trzy dni wcześniej. Tyle zdołały wykryć najnowsze sprzęty i najlepsi informatycy. Dokładnie tyle samo ustalił Falkowicz, kiedy połączenie do córki nie mogło być nawiązane od czasu jej zniknięcia. Nic zatem dziwnego, że tracił kontrolę nad nerwami. A co najgorsze - zaczynał dopuszczać do siebie myśl, że nie może nic zrobić.
Odrzucając połączenie od Aldony wyszedł na opustoszały od tajniaków taras, by zaczerpnąć świeżego powierza.
- Jak Kaśka? - stanął na skraju podestu, zakładając dłonie za plecami, skierował głowę w stronę delikatnie świecącego jeszcze o tej porze roku słońca i odparł przymykając przy okazji powieki.
- Śpi. Nawet koń by zasnął po takiej dawce prochów. - zacisnął szczęki i otworzył oczy, wpatrując się w boleśnie rażące promienie słoneczne.
Adam wyjął kolejnego papierosa i zapalił nerwowo szarpiąc prawie pustą od gazu zapalniczką. Ogień nieśmiało pojawił się i opalił koniec tytoniu. Chłopak zaciągnął się i wypuścił powoli nikotynowy dym. Falkowicz obejrzał się za nim i podszedł bez słowa do młodszego brata. Wyciągnął z dłoni Krajewskiego ledwo zaczęty papieros i z karcącym spojrzeniem odebrał go bratu.
- Nie pal tego świństwa. - Adam był pewien przez moment, że Andrzej go wyrzuci, lecz ten zawahał się na moment nad nim, aż w końcu sam zaciągnął się nikotyną. Skrzywił się po chwili i przyjrzał się drobnemu napisowi na pecie. - Nie stać cię było na lepsze? - rzekł gardłowo, zaciągając się po chwili raz jeszcze.
Młodszy z braci nie był pewien co mógłby powiedzieć. Zapytać jak poszukiwania? Sam wiedział że utknęły w martwym punkcie. Może zapytać jak Andrzej to znosi? Do tego wystarczyło tylko jedno spojrzenie. I nasuwała się jedna odpowiedź - wcale. Oczy chirurga nie były tak podkrążone nawet po tej osiemnastogodzinnej operacji, ani po trzydniowym dyżurze, który miał szczęście zakończyć utratą przytomności dwa tygodnie temu. Do tego spojrzenie było jakieś... Falkowicz nigdy nie należał do osób specjalnie radosnych, raczej już prędzej mu było do chmurnego spojrzenia i gromienia wszystkich wzrokiem, lecz tym razem było w nim coś... jakby uleciały z niego wszystkie siły. Zmęczony, chyba z przyzwyczajenia patrzący przed siebie, nie wykazywał oznak życia.
- Dzwoniła Wiktoria. Powiedziała, że przyjedzie do was, zrobi jakieś zakupy, ugotuje obiad. - zaczął, nie spotykając się z żadną reakcją. Zabrzęczały klucze w kieszeni spodni Adama. - Poczekam na nią. - zmarszczył brwi. Cisza. Jakby rozmawiał sam ze sobą.
Papieros Falkowicza powoli spalał się, prawie wypadając z dłoni profesora. Krajewski bez słowa podstawił bratu paczkę, a ten pokręcił ledwo dostrzegalnie głową.
- Znajdzie się. - młodszy zdobył się w końcu na odwagę. Andrzej przymknął na moment powieki, jakby dźwięk tych słów nieprzyjemnie drażnił jego uszy. - Matylda nie da sobie w kaszę dmuchać. - chłopak uśmiechnął się pokrzepiająco.
- To jest tylko małe dziecko. - odrzekł w końcu profesor. - Przerażona mała dziewczynka, która czeka na naszą pomoc. Na moją pomoc. - nigdy wcześniej nie słychać było w jego głosie takiej rozpaczy. - Jest tam gdzieś i... - wypuścił z płuc cicho powietrze z łzawiącymi oczami. - boi się, że zrobią jej krzywdę, a ja nic nie mogę na to poradzić, bo nie mam zielonego pojęcia gdzie jej szukać.
Krajewski położył na ramieniu brata dłoń i zacisnął ją na nim. - Cholera jasna - syknął - Przecież to tylko dziecko.
Minęły może dwie godziny. Jak na złość nadal tkwili w niewiedzy. Falkowicz, który wcześniej nie potrafił usiedzieć w miejscu i bez przerwy dzwonił na zmianę to do komisarza, to na numer Matyldy, teraz usiadł w fotelu przysuniętym do okna i patrzył beznamiętnie przed siebie. Gdy tak przyjrzano się mu dokładniej, okazało się że obserwował ledwie widoczną furtkę do posesji.
- Wiadomo coś? - obejrzał się za głosem Kasi, która stała u progu schodów. Z podkrążonymi od płaczu oczami i założonym na zgarbione ramiona szlafrokiem.
Profesor kiwnął tylko przecząco głową.
- Boże - załkała. - Moja mała córeczka. - zaniosła się płaczem. Andrzej od razu wstał i podszedł do niej spokojnym krokiem. Bez słowa, tak jak zawsze to robił, przytulił ją do swojej klatki piersiowej i dał jej się wypłakać w swoją bawełnianą koszulkę.
- Ona tam gdzieś jest. - westchnął w końcu. - I już niedługo będzie z nami.
- Skąd ty to możesz wiedzieć. - odezwała się, kiedy już nieco się uspokoiła.
- Czulibyśmy gdyby... - zacisnął usta; nie przejdzie mu to przez gardło. - Wróci do nas, obiecuję ci.
Skąd mógł wiedzieć, że czasem największą zbrodnią jest składać obietnicę, która wcale nie musi się spełnić?
Wiktoria obserwowała ich ukradkiem z kuchni, mieszając w garnku z aromatyczną zupą. Starała się jak mogła by jej marne kulinarne zdolności wystarczyły na tyle, by choć trochę zachęcić zrozpaczone małżeństwo do jedzenia. To była jej wielka misja tego późnego popołudnia. Ugotować trochę warzyw i przynajmniej prawidłowo je doprawić. Jest w końcu kobietą, podobno mamy to we krwi?
Nikt nie zauważył jak do mieszkania wszedł Adam. Wiktoria za to powitała go pocałunkiem w policzek.
- Hej, i jak tam? Załatwiłeś coś? - chłopak pokiwał przecząco głową.
- Nic. Nie wiedzą kto to zrobił. - usiadł na krześle obok wyspy, zmęczony chodzeniem po posterunkach.
- Zginęło coś?
- I to jest najdziwniejsze. Rozwalili mi mieszkanie, a nie zabrali żadnego sprzętu. - Kobieta zmarszczyła brwi, cały czas mieszając drewnianą łyżką.
Krajewski obejrzał się za siebie, na Falkowicza siedzącego na kanapie i Kasię opierającą się o niego.
- Nie mówmy im o moim włamaniu. - zwrócił się do Wiki patrzącą w stronę małżeństwa ze wzrokiem pełnym współczucia. - To zresztą i tak nic w porównaniu z tym co ich spotkało.
- Masz rację. - wyprostowała się, jakby otrząsając się z zapatrzenia. Przetarła rękawem oczy i pociągnęła nosem.
- Wiki...
- Już... już wzięłam się w garść. Widzisz? - uśmiechnęła się nienaturalnie przez załzawione oczy. Adam przekręcił głowę na bok, wcale go nie przekonała. - Ja po prostu... - poddała się. - Jak sobie pomyślę, że coś takiego przydarzyłoby się Blance... - nabrała powietrze w płuca - to nie wiem, czy bym to przeżyła. - Nie powstrzymała kolejnej łzy spływającej po jej policzku, a za nią rzędu kolejnych. Złapała szybko ręcznik papierowy i otarła kawałkiem mokrą twarz.
- Usiądź. Zrobię ci herbatę. - nie dostrzegła kiedy obok niej pojawił się Krajewski. Usadził ją na swoim miejscu i sam zawiązał sobie kuchenny fartuch. - Okej. Gdzie jest czajnik? - Consalida zaśmiała się przez łzy.
- Obok twojej prawej ręki. - złapała oddech, patrząc jak mężczyzna któremu postanowiła dać kolejną szansę niezgrabnie krząta się po obcym dla niej terytorium. - Okropnie im współczuje. - rzekła znad gorącego naparu.
- Też nie mam pojęcia co bym zrobił, gdyby tak mój Józio zniknął. - podniosła na niego swoje spojrzenie.
- Adam? - chłopak spojrzał na starszego brata. Andrzej stał z telefonem w dłoni i z szeroko otwartymi oczami. - Pojedziesz ze mną w... - obrócił się zmieszany w stronę Kasi. - w jedno miejsce? - Krajewski zmarszczył brwi, to było co najmniej dziwne. Przytaknął powoli, nie wiedząc na co się pisze i zdjął z siebie fartuch.
- Jasne. - nie potrafił niczego wyczytać z twarzy brata. Może dowiedział się czegoś? Może znaleźli jakiś ślad? Po chwili dostał czymś ostrym w brzuch. Odruchowo złapał to co z takim hukiem uderzyło o niego i dostrzegł w dłoni klucze do samochodu.
- Prowadzisz. - usłyszał tylko w wyjaśnieniu. Obrócił się na chwilę do Wiktorii, która z takim samym zmieszaniem patrzyła na całą tę sytuację. - Ale ruchy! - pospieszał go Falkowicz.
*
Ile mogło być poszukiwanych dziewczynek w wieku Matyldy, do tego odpowiadających jej rysopisowi? Ile dzieci mogło zaginąć na danym obszarze? Statystyki kurczyły się jeśli dodamy każde kolejne dane układanki. Bo co jeśli to dziecko zostaje znalezione martwe, gdzieś na poboczu, w niewielkiej miejscowości po Warszawą? Jaka jest szansa na to, że do kostnicy wezwali na identyfikacje zwłok niewłaściwego rodzica? Nie dajmy się zwieść. Szanse na to, że za drzwiami nie leżała córka Falkowicza nadal były. Jak duże? Oceńcie proszę sami.
- To nie ona. - przerażony obrotem spraw Adam, próbował przekonać sam siebie.
- Zaraz się przekonamy. - zimny pot spłynął mu po kręgosłupie. Zacisnął knykcie, wbijając sobie paznokcie w bladą skórę dłoni. Andrzej wpatrywał się w stare drewniane drzwi. Były podwójne, ale najwidoczniej nie dość szerokie, bo na każdym skrzydle widoczne były obtarcia na wysokości metalowego łóżka. W tych miejscach szara farba została wytarta do surowego drewna.
W końcu drzwi otworzyły się lekko, a na korytarz wyszedł szczupły mężczyzna po pięćdziesiątce, zniszczony na twarzy i spojrzał zmęczonym wzrokiem na profesora.
- Pan Andrzej Falkowicz? - ten stał już przed nim. Wybił się z krzesła tak szybko, że na chwile obraz przysłoniła mu biała mgła.
- Miejmy to już z głowy. - odparł odważnie, choć nijak miało się to do tego, co naprawdę odczuwał. Patolog spojrzał na towarzyszącego im Adama, a potem znowu na zdesperowanego ojca. - To mój brat, jest ze mną.
- Dobrze. - lekarz uchylił się nieco w przejściu, wpuszczając na salę obu mężczyzn.
Tam znajdowały się trzy stare murowane stoły prosekcyjne. Ale tylko na jednym leżało przykryte białą płachtą ciało. Już na wstępie można było dostrzec drobną sylwetkę dziecka.
Patolog stanął za owym stołem, po drugiej zaś jego stronie stał Andrzej. Adam wolał być nieco dalej. Falkowicz patrząc na ciało przed sobą poczuł jak coś przygniata mu klatkę piersiową. Jego przerażenie sięgało zenitu. Czy dłonie mogą pocić się i drżeć jednocześnie jeszcze mocniej? Tętno na pewno dawno przekroczyło zdrową granicę. A serce biło z taką siłą, że jego pracę można było dostrzec obserwując koszulkę na piersiach mężczyzny.
- Zanim odsłonię prześcieradło, muszę pana uprzedzić, że twarz  dziewczynki została dotkliwie pobita. - Andrzej podniósł przestraszony wzrok na lekarza. Przełknął nerwowo ślinę i uchylił drżące usta by odpowiedzieć, że jest gotów. Zamiast tego przytaknął jednak głową, biorąc niemal dławiący oddech. Czas najwyższy poznać prawdę.



No i co powiecie na to?