poniedziałek, 4 lutego 2019

Broken. Rozdział 24, część II, ostatnia.


Usłyszeli syreny policyjne. Przestępcy przebywający jeszcze w posiadłości ruszyli do ucieczki. Zbierali po drodze wszelkie dowody swojej obecności, wszystko o czym mogli sobie przypomnieć, co było pod ręką i co mogło bezpośrednio kierować podejrzenia w ich stronę. Kurtki, broń, nawet jakiś notes zniknął z blatu kuchni. Dla policji było to i tak bez większego znaczenia, bo w tymże domu aż roiło się od źródeł DNA i innych tropów. To był dla nich koniec. Każdy zostanie wytropiony, choć może niektórzy z opóźnieniem.
Szef był jednak zbyt doświadczony, by tak łatwo wpaść w sidła detektywów. Nim Falkowicz zdążył się zorientować, ten zniknął za otwartym oknem. Chłodne powietrze uderzyło o twarz profesora, budząc jego zmysły. Odwrócił się do Matyldy by pospieszyć jej ucieczkę, lecz dostrzegł ją w ramionach jednego z przestępców.
- Puść ją bo pożałujesz - ruszył agresywnie w stronę mężczyzny. Ten ku zaskoczeniu Andrzeja wyciągnął ręce przed siebie.
- Tutaj zaraz będzie sajgon. Znam bezpieczne miejsce. - ojciec małej ujrzał jego szczerze przerażone oczy i nie wiedzieć czemu był bliski przyznania racji przestępcy.
- To jest brat Szymona. - wyjaśniła nastolatka. Matylda także nie była pewna czy owy mężczyzna jest warty zaufania.
- Nie masz wyboru koleś. Tylko tak wyjdzie stąd cała. - Falkowicz wahał się przez chwilę. Usłyszał dobiegający z zewnątrz wystrzał amunicji i zaciskając zęby przytaknął.
- Ale jeśli spadnie jej choćby włos z głowy... - kolejny strzał i jakiś krzyk. Ktoś bez wątpienia był ranny. Policja na pewno dotarła na miejsce. Dlaczego oczekiwał, że ich ratunek nadejdzie szybciej, jeszcze zanim doszło do rozlewu krwi?
- Ta - usłyszał tylko i nieznany mu mężczyzna pociągnął za sobą nastolatkę. On natomiast ruszył w pogoń za facetem, który zorganizował całe to piekło.
*
Biegł ile sił w nogach przez zalesiony teren, ale ku jego zaskoczeniu wcale nie zbliżał się do otyłego mężczyzny. Sądził że miał lepszą kondycję niż ten gangster obrośnięty tłuszczem. Co raz potykał się o wystające konary drzew, a nawet o własne nogi. Płuca paliły go tak jakby wdychał ogień, nie powietrze. Czuł jak opada z sił. Wiedział już, że nie dotrze do przestępcy, a ten zapewne zapadnie się pod ziemie i już nigdy nie dosięgnie go sprawiedliwość.
Brakowało mu tchu. Ból chwycił go pod żebrami i obojczykami. Usta spierzchnięte i wysuszone na wiór przymknął na moment, którym później tłumaczył swój upadek. Wszak na chwile nie miał wystarczająco tlenu by kontynuować wysiłek. A może nawet wyrósł przed nim wyjątkowo gruby korzeń. Wszystko po to by nie wycieńczeniem tłumaczyć to, jak runął na ziemie, a zwykłą złośliwością losu.
Przylgnął do ziębiącej twarz ziemi i przymknął na moment oczy. W ciemności ujrzał twarz brata, który leżał tuż obok niego, w tej samej pozycji. Oczy miał jeszcze otwarte i pełne bólu. Jak wtedy gdy trzymał go w ramionach.
- Przepraszam. - wymamrotał. - To ja powinienem cię chronić.
- Leż, nic nie mów. Za chwile ktoś cie znajdzie. - dlaczego przejmował się Andrzejem, a nie sobą?
- Zawiodłem was wszystkich. Nigdy sobie tego nie wybaczę - podciągnął dłoń do tułowia, jakby chciał się podnieść i zbliżyć do młodszego brata. Ale jedyne co osiągnął to ujrzał krew Adama na swoich dłoniach. Zabłysła żywoczerwona i dała znać o istnieniu poczucia odpowiedzialność za śmierć jego braciszka.
- To moja wina - mamrotał jak mantrę - Chciałem cię chronić...
- Chroniłeś. Zawsze mogłem na ciebie liczyć. - gdy ujrzał jak spod ciała chłopaka wypływa na nowo kałuża krwi, próbował po raz kolejny przyczołgać się do niego i powstrzymać krwotok, ucisnąć sączącą się ranę. Krajewski jednak mówił dalej ze spokojem , jakby wstrząs hipowolemiczny go nie dotyczył. - Uspokój się, nie trać sił.
- Muszę ci pomóc, umierasz Adam. - im bardziej starał się udźwignąć swoje ciało, tym bardziej ono go przygniatało.
- Ja już nie żyję Andrzej. - powiedział to z takim spokojem, jakby nie miał do brata żadnego żalu. - Leż spokojnie. Już po ciebie idą.
- Andrzej? - usłyszał w oddali niczym echo w jego głowie. - Andrzej! Szybko, tam jest! - teraz był przekonany o tym, że to głos Kasi dobiegał zza jego pleców. Otworzył na moment oczy, by uświadomić sobie że Adama wcale nie było przed nim i zamknąć je na nowo, a las wokół spowiła ciemność.
*
Siedziała na krześle pod ścianą, trąc dłoń o dłoń, spoglądając co chwilę w swoją prawą stronę. Były tam drzwi, na których widniał wielki napis OIOM. Od godziny już nie dostała żadnej informacji o stanie zdrowia swojego męża. Jedyne co otrzymywała to jakieś zdawkowe informacje. Lekarze byli zbyt skupieni na swojej pracy by obdarzyć ją choć chwilą swojego cennego czasu.
- Przepraszam! - wstała jak oparzona, gdy zza drzwi wyłoniła się starsza pielęgniarka. - Może mi pani coś powiedzieć o stanie mojego męża? Andrzej Falkowicz, profesor Andrzej Falkowicz.
- Niestety nie mogę udzielić pani żadnych informacji. - poczuła się bezsilna. Bała się, że utrzymują ją w niepewności, bo nie maja dla niej dobrych wieści. - Ale za chwile wyjdzie do pani lekarz i odpowie na wszystkie pytania. - kobieta uśmiechnęła się pokrzepiająco i ruszyła wzdłuż korytarzy.
- Mamo! - jej córka omal nie potrąciła pielęgniarki, która przed chwilą rozmawiała z Kasią.
- Matylda, miałaś odpoczywać. - przytuliła jednak córkę do piersi. Powinna siedzieć z nią, ale gdy nastolatka usnęła godzinę wcześniej, ona postanowiła czuwać przy tych drzwiach w oczekiwaniu na nadzieję.
- Wiesz już coś? - dziewczynka swoje szeroko otwarte oczy odziedziczyła po nim. Gardło związała jej niewidzialna pętla, nie była w stanie nic powiedzieć. Otworzyła usta, gdy zza owych strzeżonych drzwi wyłonił się lekarz. Mężczyzna podszedł do niej nabierając powietrza w płuca, jakby miał przekazać TĘ wiadomość. Nie uszło to jej uwadze, mało tego - naprawdę pomyślała, że go straciła.
- Co z tatą? Możemy do niego wejść? - Matylda od razu zarzuciła pytaniami specjalistę.
- Pojedynczo. I dosłownie na minutę. - jakby głaz spadł jej z klatki piersiowej. Uśmiechnęła się szeroko, wypuszczając z płuc powietrze, które bezwiednie przed chwilą wstrzymała. Dziewczynka wykorzystała chwilowy paraliż matki i pobiegła zobaczyć się z tatą.
- Jaki jest jego stan? - zawahał się przez moment. - Proszę... proszę mi powiedzieć, szczerze. - zmarszczyła brwi, obserwując jego twarz.
- Odzyskał przytomność i jest świadomy, ale nie obejdzie się bez przeszczepu. - tego się bała. Ale przeszli już tyle, teraz na pewno sobie poradzą. Całe to cierpienie nie mogło się tak po prostu zakończyć porażką. W końcu po burzy zawsze wychodzi słońce, prawda?
- Ile mamy czasu? - zbliżył się do niej, uścisnął jej ramię.
- Nie mamy go.
*
Który to już raz budził się w szpitalu pod aparaturą i wiszącą mu nad głową kroplówką Tym razem wisiały aż dwie. Na tyle na ile osłabione mięśnie mu pozwalały przekręcił się w bok, gdzie dostrzegł kolejny lek, ten jednak dla odmiany odmierzany w pompie. Pulsoksymetr ściskał mu palec, a kardiomonitor denerwował pulsującym sygnałem odmierzającym rytm jego serca. Myślał że po tylu latach pracy jako lekarz nie będzie zwracał uwagi na ten hałas. Teraz jednak był on aż nadto irytujący.
Mniej i bardziej znane osoby kręciły się cały czas przy jego łóżku. Ktoś zadawał pytania, ktoś informował o jego beznadziejnym stanie. Był lekarzem, wystarczyło że spojrzał na to, co wlewano mu w żyły.
- Banda kretynów - mruknął prawie bezgłośnie.
- Tato! - ciepły dotyk dłoni, a po chwili jej szczęśliwe oczy - dokładnie w tej kolejności dała znać o swojej obecności jego córka. Aparatura zasygnalizowała przyspieszony rytm serca. Matylda w końcu była bezpieczna.
- Matyldzia... - ścisnął jej dłoń, a wzrok zaszedł mu łzami. - Nie strasz mnie tak więcej, o mało nie dostałem... z resztą sama zobacz. - zaśmiała się, kiedy starał się żartować ze swojego stanu. To sprawiło, że nastolatka rozluźniła się nieco. Dał jej do zrozumienia, że obecny stan jest tylko przejściowym; że to tylko przez nerwy. - Zbadali cię porządnie? Nic ci nie jest? - zmarszczył brwi, oglądając ją dokładnie.
- Jestem zdrowa. - uśmiechnęła się.  - Ten brat Szymona uratował mnie, wiesz? Schował w piwnicy, dał mi kanapkę. On jest dobry, tato. Musisz pomóc mi przekonać mamę, żeby wyciągnęła go z aresztu. - zacisnął usta, nie wiedząc co ma odpowiedzieć.
- Musisz już wyjść. - pielęgniarka przerwała ich rozmowę w sama porę. Gdy Matylda obejrzała się jeszcze za nim, podniósł głowę i zmusił się do uśmiechu.
Ale wtedy ujrzał kogoś, kogo bał się zobaczyć. Za szklanymi drzwiami, pod ścianą stała rudowłosa lekarka, która obserwowała go przez cały czas. Ich spojrzenia spotkały się i żadne nie zdobyło się na jakikolwiek gest. Jej przekrwione od płaczu oczy wierciły w nim dziurę.
- Przepraszam - wymamrotał, lecz nie był pewien czy zrozumiała. Jej twarz ani na moment nie zmieniła swojego wyrazu. Aż zrozumiał, że Wiktoria tak naprawdę wcale nie patrzyła na niego, lecz gdzieś przed siebie głęboko zamknięta we własnym cierpieniu. Poczuł wtedy, że już nigdy nie będzie tak samo. Zazdrościł jej jednak jednego - tego że nie widziała jak Adam odchodził.
Potem dostrzegł, jak do sali wchodzi Kasia. Jej przerażony wyraz twarzy wyjawił mu właściwie wszystko. Nie musiała mu mówić, że właśnie rozmawiał z nią lekarz. To i diagnozę wyczytał z jej miny jak z otwartej księgi. Przybrana w szpitalny fartuch ochronny usiadła obok niego, nie wypowiadając ani słowa. Myślał nawet, że nie będzie w stanie spojrzeć mu w oczy. Tymczasem to on nie potrafił rozpocząć rozmowy. Wtedy go zaskoczyła.
- Obiecaj mi, że już nigdy mnie nie okłamiesz. - otworzył lekko swoje wcześniej zaciśnięte usta. Podniósł swą dłoń i ujął jej, którą trzymała na metalowej barierce. Ścisnął lekko i odparł szczerze
- Pamiętasz tę miętową teczkę w naszym stoliku nocnym? - zmarszczyła brwi, a po chwili już rozumiała. - Jeśli z tego wyjdę podpiszę papiery rozwodowe. - wstrząśnięta jego wyznaniem cofnęła dłoń.
- Nie myślisz teraz trzeźwo. Porozmawiamy, kiedy zbierzesz siły. - odparła bardziej oficjalnie.
- Trzymałem cię przy sobie siłą, bo nigdy nie chciałem być jak mój ojciec. - wyznał.
- Nie jesteś nim. I nie pozwolę, żebyś tak myślał. - uświadomił sobie, że przed laty wyznał jej swoją historię. Jak mógł nie pamiętać, że Kasia była jedyną osobą, przed którą otworzył się naprawdę? - Pamiętasz jak zadzwoniłeś do mnie wczoraj? - zmarszczył czoło. - Kiedy powiedziałeś, że mnie kochasz... wiedziałam, że byłeś ze mną szczery. - uścisnęła jego dłoń, tak jak on zrobił to wcześniej. - Nie popsuj tego, dobrze?
*
Dla niej wszystko się skończyło. Miała idealnego mężczyznę, choć... właściwie tylko wydawało się jej, że go miała. Przez ostatnie miesiące żyła złudzeniem miłości i sztucznymi obietnicami przyszłości. Wiedziała, że nie ma powrotu do tego co było i nie ma szansy na zbudowanie czegoś w przyszłości. A jeszcze niedawno sądziła, że Andrzej ją kocha.
Teraz już wiedziała, że był z nią tylko z tęsknoty za KIMŚ. Chciał mieś kogokolwiek, kogoś kto zwróci uwagę na niego, dla kogoś to nie on będzie oparciem, lecz sam będzie miał oparcie w kobiecie. Szukał osoby kochającej go bezwarunkowo, bo nie wierzył że taką miał obok siebie. Aldona nie mogła wygrać z Kasią. Do tej pory sądziła, że jego żona pełni w życiu Falkowicz jedynie rolę matki jego dziecka, któremu nie chciał rozbić rodziny. Być może było tak do pewnego momentu. Potem odrodziło się w dawnych kochankach coś, co zaliczali do przeszłości; nazywali nawet "rozsądkiem". Poloniści określają to mianem miłości platonicznej.
Aldona była kobietą piękną i pełną empatii, taką jaką łatwo pokochać. Na nic to jednak jeśli pisany ci jest ktoś inny, choć pełen wad.
Kobieta obróciła w palcach strzykawkę wypełnioną przezroczystą substancją, jaką wynalazł jej brat chemik. Słyszała, że po jej przyjęciu po prostu się zasypia. Prawda była jednak trochę inna. Śmierć nie przychodziła tak szybko jak uważano. Owa ciecz spowalniała wszystkie procesy życiowe do tego stopnia, iż sądzono że od razu po jej zażyciu następuje zgon. Ciało było jednak w pewnym rodzaju hibernacji; uśpienia. Zatrzymanie wszelkich oznak życia występowało dopiero po kilku godzinach od podania specyfiku.
Odłożyła więc długopis, ułożyła obok kartki z listem pożegnalnym. Przeczytała ostatnie zdanie, którego konsekwencji nie przewidziała, a miało ono uratować potem kogoś dla kogo niedawno tak bardzo chciała żyć.
"Zgadzam się na oddanie moich narządów i tkanek do przeszczepów."


KONIEC




Rozdział powstał w bólu, dosłownie. Mogłam się dzięki temu bardziej wczuć w opisaną tutaj sytuację Falkowicza ;)

Mam nadzieję, że podobała się Wam przygoda czytania moich opowiadań. Na razie mówię pas. Jak widzicie niewiele mam czasu na pisanie. Ale możliwe, że jeszcze się spotkamy.

Póki co - DZIĘKUJĘ za poświęcenie Waszego czasu na moje marne wypociny.
Trzymajcie się ciepło!


Ps. Odpowiem na każdy komentarz :)

piątek, 4 stycznia 2019

Broken. Fragment II części rozdziału 24.

Akcji ciąg dalszy...

"Szef był jednak zbyt doświadczony, by tak łatwo wpaść w sidła detektywów. Nim Falkowicz zdążył się zorientować, ten zniknął za otwartym oknem. Chłodne powietrze uderzyło o twarz profesora, budząc jego zmysły. Odwrócił się do Matyldy by pospieszyć jej ucieczkę, lecz dostrzegł ją w ramionach jednego z przestępców.
- Puść ją bo pożałujesz - ruszył agresywnie w stronę mężczyzny. (...)"



Miłego... nocy :)


Krótkie info


Na początku konkret - dzisiaj powinnam dodać jakiś fragment drugiej części rozdziału.

A teraz prośba - mógłby ktoś zacząć pisać jakieś opowiadanie? Nie musi być nawet o "Na dobre...". Też chciałabym coś poczytać... :/

Albo polecić jakąś fajną książkę.


To tyle.
Pozdrawiam ciepło! :)



środa, 2 stycznia 2019

Broken. Rozdział 24 część 1.

Enjoy!

Pamiętał, gdy jego brat wydał tchnienie. Wraz z owym wydechem klatka piersiowa Adama skurczyła się, a w efekcie jego ciało jakby przytuliło się bezwiednie do podłogi. Oczy nadal otwarte, lecz zaszłe mgłą, nie patrzyły w stronę przerażonego brata, który starał się doczołgać do jego ciała. Andrzej w zaskakującym tempie przysunął się do rannego i spróbował przewrócić go na plecy.
- Adam? Braciszku słyszysz mnie? - potrząsnął jego ramionami, bez skutku. - Adaś błagam cię... - poklepał chłopaka po policzku, ponownie bez jakiegokolwiek odzewu. - Nie zostawiaj mnie - powtarzał przerażony Falkowicz z szeroko otwartymi oczyma. Drżącymi rękoma zdjął z siebie marynarkę i przycisnął materiał do rany po kuli. Zdawało się wtedy, że krwawienie rzeczywiście ustało, lecz podłoga mokła od zbyt dużej ilości krwi, aby mówić tutaj o jakimś ratunku.
- Błagam, nie zostawiaj mnie... - powtarzał co raz, nie chcąc przyjąć do siebie bolesnej prawdy. Zacisnął swe czerwone od krwi dłonie na boku Adama i podniósł swe szeroko otwarte oczy na to co go otaczało. Przy nogach swojego wujka klęczała szlochająca Matylda, a mężczyzna który strzelił do  Krajewskiego pakował w pośpiechu walizkę z tajemniczą substancją.
- Matylda podejdź bliżej. - chwycił jej dłonie i przycisnął w miejscu, w którym on przed chwilą trzymał swoje. - Uciskaj cały czas z taką siłą. - polecił, a nastolatka przytaknęła szybko głową. - Nie bój się. - dodał, patrząc jej głęboko w oczy. Zaufała mu.
Profesor wstał z kolan, po których spływała jeszcze nie zaschnięta krew. Usiósł dłonie w geście poddańczym i podszedł krok bliżej do grubego przestępsy. Ten gdy tylko ujrzał byłego zakładnika tak blisko siebie, chwycił pospiesznie za broń.
- Nie strzela się do bezbronnego. - rzekł gardłowo, zbliżając się o krok, jakby nie bał się bycia zranionym. Słowa te zawisły na chwilę miedzy nimi, nie wiadomo było czy odnosiły się do Adama i niosły ze sobą obietnicę zemsty, czy raczej do wtedy bezbronnego Falkowicza. Ale wystarczyło spojrzeć na bezlitosny wyraz twarzy Andrzeja, by wydedukować odpowiedź.
- Zbyt wielu niewinnych zginęło przez waszą... a raczej twoją chorą pazerność.
- Każdy radzi sobie w życiu jak potrafi. - odparł, trzymając pod pachą solidną czarną teczkę, zamkniętą na dwa zatrzaski.
- Musisz być zatem cholernie zdolny, jeśli dla zysku zabijasz dzieci. - gruby zmarzczył brwi, a po chwili jego czoło jakby rozluźniło się, gdy przypomniał sobie o Szymonie i tej podstawionej nastolatce.
- Dla zabawy. - poprawił profesora z obrzydliwym uśmieszkiem na twarzy. - Tamci byli tylko dla zabawy. Zysk miałbym, gdybym zarządał okupu za twojego bachora, ale chodziło mi tylko o zwabienie cię tutaj. Teraz gdy tak myślę, załatwiłbym to inaczej. - Zacisnął usta grymasie fałszywego szczęścia i ruszył w stronę wyjścia.
- Chwila. - zawołał za nim Falkowicz. - Chyba miałeś do mnie jakiś interes. - gangster zatrzymał się zaskoczony słowami lekarza.
- Gdzie jest podstęp? - Andrzej mierząc przeciwnika, wzruszył niby niewinnie ramionami.
- Lekarz musi umieć oddzielić emocje od zdrowego rozsądku. - rzeczywiście profesor wydawał się wtedy wyprany z uczuć, lecz dla każdego kto znał go bliżej było to sygnałem ostrzegawczym. Falkowicz zmniejszył dystans dzielący mężczyzn o kolejne dwa kroki. - Wiem co zamierzasz zrobić z tą substancją. Rozumiem czym jest ambicja, a ta przecież nie pozwoli ci porzucić efektu tak drogich badań. Dlatego właśnie do mnie chciałeś się dostać, mam rację? Wiedziałeś, że w gruncie rzeczy jesteśmy do siebie podobni. - zaskoczył przeciwnika. Wydawało się nawet, że rozpracował go co do joty.
- I mam uwierzyć, że nagle zapomniałeś profesorku o tych martwych dzieciakach i swoim stygnącym braciszku? - Andrzej zacisnął zęby, a krtań przez chwile odmówiła mu posłuszeństwa.
- Robie to ze względu na nich. Żaden niewinny już więcej nie zginie. Niech to wszystko na nich się zakończy. - zacisnął pięść, trzymając ja przy boku, lecz marzył by wycelować nią w twarz przestępcy.
- Zaimponowałeś mi. - Andrzej skrzywił sie lekko z obrzydzenia.
- Ale mam dwa warunki.
- A teraz mnie rozśmieszyłeś. - zarechotał żałośnie pod nosem. - Bardzo proszę, mów. - opuścił dłoń z bronią i ponaglił Falkowicza do wyjawienia swoich rządań.
- Osobiście jeszcze raz sprawdzę działanie i skład tych fiolek.
- Po moim trupie. - rzachnął gruby. - Jaki jest drugi warunek? - zaskoczyła go pędząca w kierunku jego twarzy pięść. Ta ogromna siła powaliła grubego mężczyzne na ziemię i zamroczyła na moment.
- Właśnie taki. - podsumował, trzęsąc sie z nerwów. Kopnął walizkę na drugi koniec pomieszczenia i obejrzał sie za siebie w stronę córki, klęczacej nad ciałem brata. Zmroził go na chwile ten widok.

Stracił go. A było jeszcze tyle do powiedzenia, tyle do wyjaśnienia. Gdyby jeszcze mógł podziękowałby mu to, że go osłonił, ale na Boga... to on powinien tam leżeć. Młodzi powinni żyć i cieszyć się chwilą. To w niego powinna trafić kula. On starszy, zmęczony, schorowany... to powinna być "naturalna" kolej rzeczy. Tak jak rodzice nie powinny patrzeć na śmierć swoich dzieci, tak on nie powinien przeżyć swojego młodszego brata.
Falkowicz przez całe życie próbował chronić Adama. Ponoć przejawiał skłonności opiekuńcze od najmłodszych lat. Z początku brał odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo gdy rodzice musieli wyjść do pracy i zostawiali ich samych, a następnie tę troskę przekuł w zdolności wybitnego lekarza. Potem zdarzył się ten okropny wypadek. Tutaj jednak kryje się tajemnica, której profesor nigdy nie zdradził. Oficjalna wersja głosi iż oboje ich rodziców zginęło podczas zderzenia z samochodem ciężarowym w wyjątkowo ulewą noc, a dwóch osieroconych chłopców trafiło do domu dziecka. Jak się ich losy potoczyły potem wszyscy wiemy. Tylko jeden znalazł dom adopcyjny, drugi został odrzucony przez potencjalne rodziny adopcyjne ze względu na wiek. Wielu wypominało mu także buntowniczą naturę, lecz prawda była taka, że ta przyszła z czasem. Tak powstała tarcza obronna, przez niewtajemniczonych nazywana bezdusznością.
Lecz ten na pozór wyprany z emocji chłopak został odrzucony za młodu także przez osobę mu najbliższą. Otóż nieszczęsny wypadek przeżył ktoś jeszcze. Ojciec dwójki dzieci. Trafił do szpitala w ciężkim stanie i dawano mu niewiele szans, lecz ten zadziwił wszystkich swoją wolą życia. Może dlatego, że przez długi okres jego leczenia nikt nie wspomniał mężczyźnie, iż jego żona zmarła na miejscu. Wszyscy wiedzieli jak bardzo ta dwójka kochała się. Lecz przyszedł ten dzień kiedy prawda wyszła na jaw. Andrzej przebywający wtedy z bratem w pogotowiu opiekuńczym dowiedział się, że ich ojciec zniknął. Starszy Baran był zbyt zrozpaczony po śmierci swojej ukochanej, by właściwie zająć się dwójką dzieci. Każde z nich miało jej oczy, każde było dla niego przypomnieniem tego co stracili. Nie czuł się na siłach, by wrócić do poprzedniej rzeczywistości. Tak przynajmniej napisano w aktach, które Falkowicz czytał już jako dorosły mężczyzna. To odrzucenie pozostawiło w nim nieścieralne piętno i sprawiło, że osierocony syn złożył sobie przysięgę, iż on nigdy nie porzuci swojej rodziny, choćby nie znalazł innego wyjścia. Nigdy nie opuści swoich dzieci i nie przestanie być wsparciem dla swojej żony. Tylko zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie jeszcze zdolny kogoś pokochać...

- Uciekaj stąd Matyldziu - gdyby tylko spojrzeniem mógł przeprosić. Dziewczynka cały czas uciskała powoli sączącą się ranę w boku swojego wujka. Robiła dokładnie to co polecił jej ojciec, choć nie zdawała sobie sprawy z tego, że dla Adama nie było już ratunku.
Andrzej zatrzymał swój wzrok na nieruchomej klatce piersiowej brata. Stracił go, a przysiągł sobie chronić tych których kocha.
- Uciekaj - powtórzył mocniej, gdy oczy zaszły mu łzami.



Mam nadzieję wzbudziłam trochę emocji i napiszecie mi swoje przemyślenia w komentarzach.
A ja zabieram się do pisania drugiej części :)

Trzymajcie się ciepło!



wtorek, 1 stycznia 2019

Broken. Drugi fragment rozdziału 24.

Dzisiaj napisany kolejny fragment nowego rozdziału. Sumienie kazało mi zabrać się porządnie do roboty :)

"(...)

- Adam? Braciszku słyszysz mnie? - potrząsnął jego ramionami, bez skutku. - Adaś błagam cię... - poklepał chłopaka po policzku, ponownie bez jakiegokolwiek odzewu. - Nie zostawiaj mnie - powtarzał przerażony Falkowicz z szeroko otwartymi oczyma. Drżącymi rękoma zdjął z siebie marynarkę i przycisnął materiał do rany po kuli."


Nie podam konkretnej daty, ale to kwestia kilku dni zanim pojawi się tutaj nowy i zarazem ostatni rozdział. 

Szczęśliwego Nowego Roku! Pełnego lepszych dni...
Trzymajcie się ciepło!

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Broken. Fragment rozdziału 24.

I'm back


"(...)
- Zbyt wielu niewinnych zginęło przez waszą... a raczej twoją chorą pazerność.
- Każdy radzi sobie w życiu jak potrafi. - odparł trzymając pod pachą solidną czarną teczkę, zamkniętą na dwa zatrzaski.
- Musisz być zatem cholernie zdolny jeśli dla zysku zabijasz dzieci. - gruby zmarszczył brwi, a po chwili jego czoło jakby rozluźniło się, gdy przypomniał sobie o Szymonie i tej małej podstawionej nastolatce.
- Dla zabawy. - poprawił profesora z obrzydliwym uśmieszkiem na twarzy. - Tamci byli tylko dla zabawy. Zysk miałbym, gdybym zażądał okupu za twoją córeczkę, ale chodziło mi tylko o zwabienie cię tutaj. Teraz gdy tak myślę, załatwiłbym to inaczej. - Zacisnął usta grymasie fałszywego szczęścia i ruszył w stronę wyjścia.
- Chwila. - zawołał za nim Falkowicz. - Chyba miałeś do mnie jakiś interes. - gangster zatrzymał się zaskoczony słowami lekarza.
- Gdzie jest podstęp? - Andrzej mierząc przeciwnika, wzruszył niby niewinnie ramionami.
- Lekarz musi umieć oddzielić emocje od zdrowego rozsądku. "


Zwroty, zwroty i jeszcze raz zwroty akcji. Przedsmak we fragmencie. Trzymajcie kciuki za godne pożegnanie się z postaciami :)




poniedziałek, 5 listopada 2018

Broken. Rozdział 23

Jak szybko potrafisz liczyć?

Trzy. Dwa. Jeden. Strzał.

Ciało pada na kolana, a potem uderza głową o podłogę, zakrywając zaskoczony wyraz twarzy ofiary. Huk ledwie ucichł odbijając się jeszcze od ścian, proch zasypuje nadgarstek oprawcy, będąc potem dowodem na to, iż była to osoba trzymająca broń, a w tempie kiedy owa dłoń opada, spod leżącego ciała wypływa lepka krew. Powoli, jakby serca wszystkich tam obecnych nagle zwolniły.

Trzy sekundy do momentu, w który ktoś umiera, trzy chwile w których może zdarzyć się wszystko. Zdążyłbyś przeanalizować sytuacje i wybrać najlepszą z możliwych opcji? Czy wystarczyłoby tobie czasu, aby zdecydować się na poświęcenie siebie samego, zajęcie miejsca ofiary? Tylko czy warto.

Jak szybko potrafiłbyś porównać wartość życia twojego i osoby mającej zaraz zginąć? Wystarczą wspomniane trzy sekundy? Przekonajmy się.

           Trzy.
           Dwa.
           Jeden.
Pamiętasz kiedy pierwszy raz byłeś zmotywowany do napisania sprawdzianu na najwyższą ocenę? Nawet jeśli było to w podstawówce, a ocenę miałbyś otrzymać na najgorszy w świecie szlaczek, który o zgrozo wychodził poza linie. Nawet jeśli ta determinacja nigdy więcej już się nie powtórzyła. Przywołaj do siebie to niesamowite uczucie. Chciałeś by wszyscy byli z ciebie dumni. Potem przychodziły poważniejsze etapy edukacji, w których trzeba było się sprawdzić. Nadszedł czas wyboru. Załóżmy, że nadeszły studia. Kierunek obrany możliwe jak najambitniej lub - jak większość młodych ludzi robi - wybrany z powodu fajnej nazwy. Najwięksi kujonie będą walczyć o tytuły naukowe z najwyższej półki, wielu z nich zostaje lekarzami. Co wtedy myśli młody człowiek?  Ze cała ta ciężka praca nie poszła na marne. Utarł nosa znajomym, rodzice są z niego dumni. A wspiąć można się jeszcze wyżej, zdobywając kolejne tytuły naukowe. 
Kiedy nagle przychodzi taki moment, gdy ktoś chce waszą wiedzę wykorzystać dla swoich celów. Stawia warunki nie do odrzucenia i każe wam sprzeciwić się wszystkim wartościom jakie przysięgaliście. 
Po pierwsze - nie szkodzić. 
I może nawet wasze sumienie jest bardziej czułe na puste konto bankowe, niż na czyjeś życie. Ale mając w sobie choć odrobinę refleksji zrozumiemy, że tracąc prawo do wykonywania zawodu przekreślamy prace swojego całego życia. A upadek z tak wysoka jest naprawdę bolesny. 
Na stoliku położono czarną teczkę, zapinaną na srebrne klamry. Skoro leki za kilka tysięcy pakuje się w kartonowe pudełeczka, ubogacone na przykład jedynie w wymyślny zestaw do wstrzyknięć, to co musiało znajdować się w tej teczce? Kiedy ją otworzono Adam ujrzał rząd maleńkich strzykawek, których dawki zawierały jedynie po dwa mililitry tajemniczej substancji. Wszystkie wypełnione bezbarwną cieczą. 
- Dziesięć gotowych do podania leków. - usłyszał. Z szeroko otwartymi oczyma spojrzał na sprawującego tam władzę gangstera. 
- Mam to podać dziesięciorgu swoich pacjentów? - nie potrafił sobie wyobrazić, aby odważył się choć raz podać to coś któremuś ze swoich podopiecznych. Nie wiedział z czym miałby się mierzyć. Jakie byłyby tego ewentualne skutki uboczne? Prawdopodobnie sam miał się o tym przekonać. W końcu to "próba kliniczna" - Nie zgadzam się. - pokiwał stanowczo głową. - Nie dam się wciągnąć w coś takiego. Nie wiecie nawet co chcecie tym leczyć. 
- Substancja znajduję się tylko w pięciu strzykawkach. Pozostałe pięć to placebo. - uniósł brwi chytrze. - Nie będziesz wiedział co podajesz, żebyś nie miał za dużych wyrzutów sumienia. - uśmiechnął się, czując swe zwycięstwo. - Powinieneś się cieszyć, masz swój udział w przełomowym odkryciu medycyny. 
Krajewski patrzył na łysego mężczyznę z nienawiścią w oczach. Instynktownie chwycił mocniej ramiona Matyldy, która nie odstępowała wujka na krok. Mężczyzna był wtedy jej jedyna nadzieją na wyrwanie się z tego koszmaru. 
- Nigdy nie zmusicie mnie to współpracy z wami. - mężczyzna siedzący w skórzanym fotelu westchnął ciężko, o dziwo nie zdenerwowany uporem lekarza, tak jak się tego spodziewał Adam. Gangster podniósł się niezgrabnie z siedzenia i z dziwnym spokojem dodał:
- Chyba nie przekonamy pana doktora. - odezwał się do zbieraniny przestępców, która siedziała w małym salonie, czy akurat przechodziła przez to pomieszczenie. - Trzeba będzie zwinąć interes chłopaki. Może przerzucimy się na kwiaty... cięte. - w pomieszczeniu rozległ się cichy rechot garstki mężczyzn. Po czym szef spojrzał na otwarta walizkę i z wydętymi lekko ustami przyglądał się błyszczącemu w niej szklanej zawartości. - Kilka osób straciło życie podczas pracy nad tym lekiem. - spojrzał na Adama znacząco. - Gdybym teraz zniszczył próbki, nie okazałbym szacunku dla ich pracy... i dla swoich przyszłych zysków. - zawiesił ręce za plecami, choć zapewne robił to z trudnością, próbując dosięgnąć tak swych dłoni. - Wspomniałem już o zyskach? 
- Chyba już wszystko sobie wyjaśniliśmy. - Krajewski chciał zrobić krok w tył, lecz natknął się na jednego z przestępców. 
- Nie tak szybko koleś. 
- Chce zabrać Matyldę do domu. To jest tylko niewinne dziecko. - przycisnął ja do siebie, czując w kościach, że atmosfera zaczyna się zagęszczać. 
- Nie przedstawiłem ci jeszcze wszystkich argumentów. 
- Nie trzeba. - ponowna próba wycofania się nic nie dała, a jedynie pogorszyła sprawę. Krajewski został złapany przez faceta za nim, tak że nie mógł już dłużej trzymać dziewczynki stojącej przy nim. Gdy jego dłonie nie były w stanie jej już dosięgnąć, Matyldę chwycił targujący się z nim gangster. 
- Nie! Zostaw mnie! Puść mnie, słyszysz! Puszczaj! - nastolatka szamotała się ramionach grubego, wrzeszcząc z całych sił. Nie udało się jej jednak wyswobodzić z uścisku. Jej drobne dłonie były zbyt słabe, by przeciwstawić się sile o wiele większego od siebie mężczyzny. 
- Zamknij się! - krzyknął, zrzucając maskę opanowanego negocjatora. 
Po chwili nastał moment ciszy, Adam dopiero po chwili zdał sobie sprawę dlaczego dziewczynka tak nagle ucichła, wydając z siebie już jedynie łkania. Tuż obok jej głowy chirurg ujrzał broń, lufą przyciśniętą do jej skroni. Sam ucisk broni był na tyle mocny, że unieruchomił jej głowę zakleszczona pomiędzy ramieniem celującego w nią mężczyzny, a samym żelastwem. 
- Będziesz już cicho? - syknął jej do ucha. Przerażona Matylda ledwie dostrzegalnie potrząsła głową, zaciskając mokre od łez oczy. 
- Ty sukinsynie... - Krajewski próbował rzucić się na mężczyznę, lecz na nic zdały się jego próby wyswobodzenia. 
- Powinienem nie tracić na was czasu. - warknął przez zaciśnięte zęby gangster. - Za dużo pieprzenia. - odnalazł wzrokiem jednego ze swoich ludzi. - Przyprowadź. - człowiekiem, który miał wykonać polecenie był brat Szymona. Najwidoczniej zrozumiał czym miał się zająć, bo po chwili zniknął z pomieszczenia. 
- Niczego nie ugrasz. - syknął Krajewski. - Policja jest już w drodze, wszyscy traficie tam gdzie wasze miejsce. - gruby przycisnął mocniej broń do głowy córki Falkowicza, wyginając tym jej głowę nienaturalnie w bok.
- A może najpierw chcesz zobaczyć gdzie jest jej miejsce, hm?
- Puść ją. - głęboki głos dobiegł uszu przestępcy. Ten odwrócił wzrok od przerażonej dziewczynki w jego uścisku i spojrzał na mężczyznę, który odezwał się przed chwilą do niego.
- Przedstawiam doktorowi kolejny argument. - zdyszany i z nadal zaciśniętymi zębami, uśmiechnął się jednak triumfalnie do wstrząśniętego chirurga.
- Andrzej?  Co ty tutaj do cholery... 
*
Wyrzuty sumienia to nieopisana siła. Jeśli nie wiesz jak wyciągnąć z kogoś informacje, których normalnie nigdy byś nie otrzymał, to zapewne trzeba uświadomić komuś, że ma wobec ciebie dług. Być może ktoś powiedział coś co mogło zranić twoje uczucia... po prostu postaraj się, żeby ci uwierzono, że tak jest. 
Profesor jednak nie musiał tego robić. Piotr okazał się mieć wystarczająco czułe sumienie i nie chodziło tutaj tylko o jedno zdarzenie - dzisiejsza sytuacja, kiedy okazało się, że to nie brak czasu dla dwóch kobiet jest przyczyną wszystkich problemów ze zdrowiem Andrzeja, lecz porwanie jego ukochanej córki. Na domiar złego stan zdrowia przyjaciela okazał się być poważny. Czy mogłoby być gorzej? Mówiłam już o niechęci do życia? Falkowicz wydawał się nie wyjawiać jej w ogóle. Jakby otrzymał cios, którego nie potrafił udźwignąć. Każdy ma swoje granice, a jego zdaje się zostały już dawno przekroczone. I choć do niedawna tkwiło w nim jeszcze ziarno optymizmu, nadziei na odnalezienie dziecka, to teraz zostało ono zupełnie zniszczone. Przecież jak można liczyć na łut szczęścia, jeśli całe twoje życie to jedno wielkie bagno? 
Mawiają, że cuda się zdarzają w najmniej odpowiednim momencie. że los się odwraca gdy wszystko wydaje się stracone. Zatem... teraz mógł nastąpić jedynie cud. Tak głoszą prawa fizyki, matematyki i opowiadań. 
- Znaleźli ją. - usłyszał za plecami. - Adam niedługo przywiezie Matyldę. 
Obrócił się po chwili. Od razu widział, że to nie żart. Jego szeroko otwarte oczy wpatrywały się z niedowierzaniem w Piotra. Nie mógł wiedzieć, że błyszczały one od łez w świetle szpitalnych lamp. 
A więc to koniec. Nareszcie ją odzyska. Nic innego nie miało już znaczenia. Tak bardzo kochał swoją córeczkę, tylko ona mu pozostała. Dla niej oddałby własne życie, jeśli tylko by mógł. 
Gdy minęło pierwsze otępienie, a serce wybijało właśnie rekord uderzeń, w głowie pojawiło się mnóstwo pytań.
- Gdzie ona teraz jest? - Piotr ważył w myślach konsekwencje swoich słów. 
- Nie wiem. - graj głupka, kiedy nie potrafisz być asertywny. 
- Nigdy nie potrafiłeś kłamać. - podniósł głos, lekko podirytowany tym pogrywaniem z nim. - Gadaj!
- Słuchaj, Adam niczego mi nie powiedział. - lekarz przestąpił z nogi na nogę.
- A mimo to jakoś dowiedziałeś się gdzie pojechał. - rzeczywiście, może i Krajewski niczego mu nie powiedział, ale Piotr zdążył zauważyć wiadomość w treści której Adam otrzymał dziwny adres. - Posłuchaj mnie, kilka dni temu to dzięki mnie mogłeś zejść z dyżuru, żeby załatwić coś związanego z twoim synkiem. Najwyższy czas spłacić dług. - Gawryło doskonale pamiętał tamten dzień. Jego syn był wtedy na lotnisku z Krzysztofem, biologicznym ojcem Kubusia. Wtedy widział malca po raz ostatni. Zdążył podać mu jedynie jego ulubiona zabawkę, choć miał ochotę porwać synka i ukryć się z nim gdzieś daleko. Tęsknił za nim każdego dnia. Zastanawiał się czy Kubuś nadal go pamięta, czy wspomina, czy rozpoznałby go gdyby teraz stanął w progu ich drzwi gdzieś na drugim końcu świata. 
- Zgoda. 
*
Wpisał adres w nawigację swojego telefonu. Okazało się że miejsce docelowe było gdzieś na uboczach Warszawy, w miejscu do którego prowadziła jakaś polna droga. Powinno wydać mu się to dziwne już wtedy, gdy okazało się, że nie jest to komisariat policji. Sądził, że tam odbierze swoją córkę. Ale nie rozmyślał o tym wiele, bo pomyślał, że otrzymano wiadomość od kogoś, kto znalazł błąkającą się i zagubioną nastolatkę. Do tego momentu miał nadzieję, że dziewczynka po prostu nie mogła odnaleźć drogi do domu. Stara dobra rodzicielska naiwność...
- Andrzej, wiem kto ma naszą córkę! - usłyszał jak tylko odebrał połączenie od Kasi. 
- Ja też. - odparł z lekkim uśmiechem. Tak bardzo cieszył się, że zaraz ją odzyska. - Właśnie po nią jadę. - chwila konsternacji po drugiej stronie. 
- Jak to? 
- Sam nie mogę w to uwierzyć, ale mam ten adres. To gdzieś na uboczu miasta. Niewiarygodne, że znalazła się aż tam. - podekscytowany przycisnął pedał gazu. 
- O mój Boże... - usłyszał jej drżący głos i delikatny szloch. - Ale jak to możliwe? Skąd masz ten adres?
- Powiadomili Adama. 
- Jak to Adama? Dlaczego nie nas? - nie rozumiał jej pretensji. Czy nie najważniejsze jest to, że Matylda odnalazła się?
- Kasieńko, a czy to ma znaczenie? - nabrał w płuca powietrza i wypuścił je z czystą radością. - Może ty nie odbierałaś, a ja byłem... nieosiągalny. - przez jego twarz przemknął cień, ale zniknął jakby nigdy go tam nie było. W ostatecznym rozrachunku tylko dziecko się liczyło, nie on. - Nasza Matyldzia wraca do domu. - podsumował rozmarzony.
- To jest jakaś pułapka. Andrzej nie chcę żebyś tam jechał. - zmarszczył brwi, szczerze zaskoczony tym co usłyszał. 
- Chyba nie sądzisz, że zawrócę. - spojrzał zdezorientowany na wyświetlającą się nazwę jej kontaktu.
- Podaj mi ten adres, wezwę tam policję. - domagała się. 
- Kaśka, nie wygłupiaj się. Wezwę jak tylko dotrę na miejsce. 
- Zatrzymaj się, błagam cię! Dowiedziałam się kim są ci ludzie, to nie jest bezpieczne. Sam tylko sprowadzasz na siebie śmiertelne zagrożenie. - słuchał jej, nie wiedząc co o tym myśleć. Sam nie wiedział dlaczego uwierzył żonie. Dopiero teraz uświadomił sobie jak bardzo jej ufał. Bezgranicznie. Chyba nigdy nie osiągnie czegoś takiego z Aldoną. Ta myśl uderzyła go jak piorunem. A było w niej coś jeszcze, coś znacznie bardziej zaskakującego - uczucie.
- Prześle ci ten adres. - zacisnął palce na kierownicy, a w ich ślad poszły kości szczęki i żuchwy. 
- Zrób to jak najszybciej. 
- Kasiu? - odezwał się po chwili, nie wiedząc czy ona nadal tam jest. 
- Tak? 
- Kocham cię. 
*
- Piotrek ma wyjątkowo czułe sumienie. - odparł ignorując popchnięcie, jakim go przed chwilą potraktowano. Od razu odnalazł wzrokiem Matyldę, która wiedząc o jego obecności, spróbowała się jeszcze wyszamotać z uścisku gangstera.
- Tato - wyszeptała, przez cieknące po jej twarzy łzy. Zauważył bruzdy na jej nadgarstkach i bladą cerę. Była wycieńczona i odwodniona. Ten widok sprawił, że jego spracowane serce rozpadło się na kilka kawałków.
- Wytrzymaj Matyldziu. - podszedł o krok bliżej, wyciągając przed siebie dłoń, jakby chciał chwycić nią swoja córkę. W pomieszczeniu nastało poruszenie. Wszyscy byli gotowi zatrzymać Falkowicza, lecz ten zatrzymał się w bezruchu na moment.
- Wiem co chcecie zrobić. - odezwał się gardłowo, zaskakująco spokojnie. - Oddajcie mi moją córkę, a obiecuję, że zrobię wszystko czego zarządacie. - kontynuował dobitnie artykułując każde słowo.
- Skąd mam wiedzieć, że ze mną nie pogrywasz profesorku? - przepocony dryblas szarpnął szamoczącą się w jego ramionach nastolatkę.
- Wiem, że nie mam innego wyboru. - odszukał wzrok córki i przez chwilę jakby komunikował się z nią bez słów. Wiedział, że nie ma nic do stracenia. Jedyne czego chce to bezpieczeństwa dla swojego dziecka. Nic innego już się nie liczyło. Nawet jeśli złamie prawo to z jego osobistym wyrokiem śmierci żadna kara więzienia nie wydaję się być straszna i... długa.
- Andrzej zastanów się, musi być jakieś inne wyjście. - szeptał mu nerwowo za plecami Adam. - Policja już jedzie. - Profesor, spojrzał tylko krótko za siebie, nie chcąc wyprowadzać braciszka z błędu. Sam miał nadzieje, że tak będzie. Ale gdyby ktoś miał się tam zjawić, już dawno byłby na miejscu. Obawiał się, że mogą nie otrzymać pomocy.
- Wypuść ich dwoje, a zgodzę się na wszystkie twoje warunki. - grubszy uśmiechnął się w końcu z ulgą i rozluźnił nieco mięśnie, które otaczały ciało dziewczynki.
- Nareszcie ktoś gada do rzeczy. - w przypływie radości machnął energicznie bronią, a dziewczynka wykorzystując okazje wyswobodziła się z jego objęć i pobiegła w stronę ojca.
Wszystko co działo się potem było zaledwie sekundą odgrywającą się w zwolnionym tempie.
Andrzej złapał instynktownie córkę i osłaniając jej plecy swoimi dłońmi, przycisnął ją do siebie jak nigdy wcześniej. W tamtym momencie poczuł się, jakby przytulił jego Matyldzię po raz pierwszy w życiu. Wzruszony oplótł dłonie wokół niej, chwytając mocno jej ramiona. Jej włosy skrywały jego łzy, dając im moment intymności.
Falkowicz, poczuł jednak z tyłu pleców jakąś siłę. Miał wrażenie, że ktoś chce go odciągnąć od córki, lecz nie miał pojęcia jak bardzo się mylił. Ta osoba pchnęła go do tyłu razem z nastolatką, osłaniając ich przed czymś, co Andrzej uświadomił sobie dopiero po chwili. Huk, który ogłuszył ich wszystkich wydała czyjaś broń. Przyciskający do siebie córkę z niewiarygodną siłą profesor, odwrócił wzrok w stronę, którą wypełniał przed chwilą hałas. Teraz tak kłująca w uszy cisza dawała się wszystkim we znaki. Ujrzał grubego szefa gangu stojącego ze skierowaną bronią w jego stronę, lekko zaskoczonego przebiegiem wydarzeń.
I Adama. Kulącego się na podłodze przed nim, którego oczy mętniały a klatka piersiowa zastygła po jednym głębokim wydechu na zbyt długi czas.





Teraz jeszcze ostatni rozdział. To będzie moje pożegnanie z Wami. Mam nadzieję, że podobały się wam moje rozdziały, w jakiś sposób dostarczyłam wam rozrywki.
Będę niezmiernie szczęśliwa, wiedząc że być może dostarczyłam trochę radości, trochę adrenaliny, trochę emocji.
Ten ostatni raz proszę - dodajcie w komentarzach swoje przemyślenia.

Do następnego razu!
A potem będę już tylko tęsknić...





niedziela, 4 listopada 2018

Broken. Fragment rozdziału 23

"Nie przedstawiłem ci jeszcze wszystkich argumentów. 
- Nie trzeba. - ponowna próba wycofania się nic nie dała, a jedynie pogorszyła sprawę. Krajewski został złapany przez faceta za nim tak, że nie mógł już dłużej trzymać dziewczynki stojącej przy nim. Gdy jego dłonie nie były w stanie jej dosięgnąć, Matyldę złapał targujący się z nim gangster. 
- Nie! Zostaw mnie! Puść mnie, słyszysz!? Puszczaj! - nastolatka szamotała się ramionach grubego, wrzeszcząc z całych sił. Nie udało się jej jednak wyswobodzić z uścisku. Jej drobne dłonie były zbyt słabe, by przeciwstawić się sile o wiele większego od siebie mężczyzny. 
- Zamknij się! - krzyknął, zrzucając maskę opanowanego negocjatora. 
Po chwili nastał moment ciszy, Adam dopiero po chwili zdał sobie sprawę dlaczego dziewczynka tak nagle ucichła, wydając z siebie już jedynie łkania. Tuż obok jej głowy chirurg ujrzał broń, lufą przyciśniętą do jej skroni. Sam ucisk broni był na tyle mocny, że unieruchomił jej głowę zakleszczoną pomiędzy ramieniem celującego w nią mężczyzny, a samym żelastwem. "


Pamiętacie jak kilka rozdziałów wcześniej opisałam moment w którym ktoś zostaje postrzelony? 
Jeśli nie, nic straconego, bo jego pełna wersja pojawi się w nadchodzącym rozdziale :)
Trzymajcie kciuki i do zobaczenia DO JUTRA :)



środa, 10 października 2018

Broken. Rozdział 22


Ta część zawiera wulgaryzmy.



- Wujek! – głos który usłyszał wprawił go w osłupienie. Po chwili nie wierzył własnym oczom. Matylda, którą jakoś dziwnie dobrowolnie puścił jeden z gangsterów, oplotła go w pasie. Uklęknął ja jedno kolano i przyjrzał się bratanicy. Była cała i zdrowa, a na dodatek stała tuż przed nim. Po raz kolejny rzuciła się mu na szyję, ściskając tak, że niemal pozbawiła go powietrza.

- Wyciągnij mnie stąd, proszę. – usłyszał jej cienki łkający głosik przy uchu.

- Jesteś bezpieczna. – wydusił z siebie, gładząc dłonią jej plecy. – Już po wszystkim.

- Nie rozumiesz wujku. Oni mają wszystko zaplanowane. To że ty tutaj jesteś też… - zmarszczył brwi. Był ślepy na to co było przed jego oczami. Bo wszystko szło zdecydowanie za łatwo. Ale nie myślał o tym, bo wydawało mu się że odzyskał bratanicę. Zwyczajnie udławił się szczęściem. Poczuł jak wszystkie jego tętnice testują swoje granice wytrzymałości. Nawet przytulona do niego Matylda musiała wyczuć jak mocno bije jego serce. Ale w ułamku sekundy postanowił udawać, że ma wszystko pod kontrolą. Dla nieokazywania słabości przed przeciwnikiem, dla utrzymania dziewczynki w poczuciu bezpieczeństwa i dla samego siebie – by nie dostać cholernego zawału serca jeszcze zanim cokolwiek się zdarzyło.

- Nie martw się Matyldziu, wyciągnę nas stąd. – uśmiechnął się do niej pokrzepiająco i stanął na równe nogi. Nabrał w płuca powietrza, szukając wzrokiem przypuszczalnego szefa całej tej farsy.

- Dzieciak od zawsze mówi do ojca „wujku”? – mężczyzna, który zabrał głos siedział przez cały czas na jednym ze skórzanych foteli. Adam nie miał wątpliwości, że to właśnie on tam zarządzał. Otworzył usta by coś powiedzieć, ale ten gruby uciszył go gestem dłoni.

- Wszystko jedno. – przywołał do siebie jednego ze swoich ludzi skinieniem palca. Człowiek, który od razu znalazł się przy jego boku przekazał szefowi jakąś bardzo interesującą wiadomość. Tak można przypuszczać po wysoko uniesionych brwiach wspomnianego mężczyzny. Krótka wymiana zdań, zapewne jakiś poleceń i Krajewski został pozostawiony ze swą konsternacją samemu sobie.

- Falkowicz, czy Krajewski… najważniejsze, że mamy w ekipie doktorka. – uśmiechnął się obrzydliwie, ukazując połyskujący złotem ząb. – Miałem tylko nadzieje, że trafi się nam grubsza ryba. Najwidoczniej zrobiliśmy tatusiowi przysługę. No mała, rodziny się nie wybiera. – zarechotał, a w jego ślady poszła mała garstka jego podwładnych.

- Tata nigdy by mnie nie zostawił! – krzyknęła, popchnięta odwagą odzyskaną po przybyciu wujka. Lecz zaraz sama zaczęła się zastanawiać nad własnymi słowami. Dlaczego nie przyjechał on, tylko Adam? Jakby tego było mało przypomniała się jej cała ta sprawa z kochanką Andrzeja. Czy nie chciał jej zostawić właśnie dla tamtej Aldony? Czy mogła być teraz tak pewna jego miłości?

- Nie rozumiem

- Koleś, jesteś wykształcony. Trochę wstyd. – grupka gangsterów miała najwidoczniej niezły ubaw, może porwania dzieci to ich dzienna rutyna.

- Co oznaczało całe to uprowadzenie Matyldy? Do czego była wam potrzebna? – jego myśli biegły w setkach różnych kierunków, poszukując wszystkich możliwych rozwiązań tej zawiłej zagadki. Gdzie była puenta tych cierpień i łez jego najbliższych. Czy to możliwe, że to czego był świadkiem, załamanie jego brata, pogorszenie się jego stanu zdrowia, było tylko efektem głupiej zabawy tej bandy przestępców?

Mężczyzna na fotelu wzruszył tylko niewinnie ramionami.

- Chciałem sprawdzić czy nadaję się na ojca. – król gangsterów okazał się być błaznem. Jego podwładni zanieśli się śmiechem, jeden z nich nabawił się nawet czkawki.

- Do cholery jasnej porwaliście dziecko! – wrzasnął w końcu chirurg, uciszając towarzystwo. Krew w nim zawrzała na samą myśl, że byli ofiarą okrutnego żartu.

- Nie pierwsze i nie ostatnie. – gruby mężczyzna wstał z fotela i zrobił może trzy kroki do przodu. – Tak już działamy. Między innymi. Jedno porywamy, drugie zabijamy. – widząc reakcję Adama uśmiechnął się chytrze. – Zaczynasz rozumieć doktorku. – stwierdził oczywiste.

- Tamta… Ta mała z kostnicy to też… - nie mogło mu to przejść przez gardło. Niby przeszło mu to przez myśl, ale co innego kiedy okazuję się to prawdą. – Po co to wszystko? – uścisnął mocniej dłonie na ramionach trzymanej przed sobą bratanicy.

- Musieliśmy was jakoś zachęcić do współpracy. – odparł powoli niczym rodzic, tłumaczący nadanie dziecku swojej surowej kary.

- Do czego? – nie mógł uwierzyć w to co słyszał.

- Kurwa… może rzeczywiście lepszy byłby profesor? – teatralnie rozczarowany zwrócił się do reszty przestępców. – Mieliśmy was na oku od dłuższego czasu, chociaż muszę się przyznać, dopiero po czasie zorientowałem się, który z was jest ojcem dzieciaka. Sam rozumiesz, żadne z was nie ma takiego samego nazwiska. To się dopiero nazywa skomplikowana rodzinka. – żachnął.

- Do czego był wam potrzebny lekarz? – Krajewski postanowił grać na zwłokę i przy okazji dowiedzieć się jak najwięcej. Musiał tylko doczekać przyjazdu policji. Potem mieli być już wolni.

- W końcu zaczynasz myśleć. – uśmiechnął się zadowolony. – Może nawet wejdziesz we współpracę z bratem? On chyba lubi półlegalne interesy. – Adam zmarszczył brwi. – Mówiłem już, dowiedziałem się trochę o was.

- Andrzej prędzej by cię zabił, niż dla ciebie pracował. – syknął wściekle Krajewski.

- Ta? – zdumiony gangster uniósł brwi. – To gdzie on teraz jest? Dlaczego przysłał ciebie zamiast samemu odebrać córkę? – chłopak po raz kolejny zacisnął dłonie na barkach Matyldy.

- Nie znasz go. Gdybyś znał, bałbyś się o to co cię czeka.

- Możliwe. Ale wiem za to co czeka profesorka. Zdaje się, że za kilka dni będzie wąchał kwiatki od spodu. – Adam zdał sobie sprawę z tego, że mężczyzna z którym rozmawia przejrzał ich wszystkich od początku do końca. Zna każdy ich ruch i decyzje. Zaczął się zastanawiać, czy policja na pewno dotrze na czas, bo tracił resztki cierpliwości. Odruchowo obejrzał się za siebie, rozglądając się nerwowo.

- Szukasz czegoś doktorku? – spanikowanym wzrokiem z powrotem spojrzał na tęgiego faceta przed sobą.

- Wujku… – Matylda doskonale zdawała sobie sprawę z położenia w jakim się teraz znajdowali. Bała się tego co miało nastąpić. Instynkt i przerażenie dyktowało jej najgorsze możliwości.

- Usiądź, obgadamy warunki współpracy. Nie możesz przecież tak zgodzić się na coś, o czym nie masz pojęcia. – ile ironii i kpiny trzeba było z siebie wypluć tym zdaniem, zamiast po prostu powiedzieć „mam cię garści koleś”.

*

Rany po igłach już odkażone i zakryte gazikiem, przyklejonym przez plaster. Zaciągnął mankiety koszuli, w której musiał leżeć przez dobre kilka godzin. Jeszcze nigdy chyba nie doprowadził do takiego jej wygniecenia.

- Jak psu z gardła… - mruknął pod nosem, zapinając guziki mankietów. Z posępnym wyrazem twarzy skinął pielęgniarce w podziękowaniu i sięgnął po marynarkę, która zawisła nędznie na oparciu krzesła. Miał wrażenie, że samym zarzuceniem jej na ramiona stracił połowę swojej energii. A chciał jeszcze wstać o własnych siłach z tego przeklętego łóżka szpitalnego. Co prawda nie dostał jeszcze wypisu, ale był profesorem nauk medycznych, sam doskonale wiedział kiedy może opuścić szpital.

- Wybierasz się dokądś? – od leżenia przez cztery godziny bolały go nie tylko pośladki. Kark, kręgosłup, łopatki, pięty… naprawdę pośladki były niczym w porównaniu z całą resztą.

- Możesz zanotować, że wypisałem się na własne żądanie. – Piotr niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę, co oznaczało, że czeka Falkowicza pouczające kazanie. A może nawet próba zatrzymania, przemowy do rozsądku, poruszenia go do głębi… Problem w tym, że w tym człowieku niewiele pozostało z czułej głębi. Było w nim jedynie ogromne poczucie straty, pustki. Została z niego jakby pusta maszyna, zaprogramowana jedynie na myśl o utraconej córce.

- Nigdzie cię stąd nie wypuszczę. – przynajmniej było krótko, pomyślał Andrzej. Wyciągając ramiona do tyłu spojrzał na przyjaciela spod lekko uniesionych brwi. Oboje zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że nikt nikogo w szpitalu siłą nie trzyma. Pacjenci często mają wrażenie ,że obwieszczając iż chcą wyjść na własne żądanie, grożą swojemu lekarzowi. W rzeczywistości lekarz najchętniej tylko otworzyłby szerzej drzwi przed swym niereformowalnym podopiecznym. Kolejki do specjalistów ciągną się w nieskończoność, a liczba przyjętych do nich pacjentów jest ciągle za mała.
Co innego jeśli chodzi o przyjaciela. Fakt, może przez większość czasu bliżej im było do wroga, ale to chyba jest jeden z tych specyficznych rodzajów braterstwa.  

- Słuchaj – Gawryło rozłożył ręce w geście kompromisu – wiem, że jest ci ciężko, ale daj sobie pomóc.

- Mi już nie można pomóc. – ruszył do wyjścia, mijając chirurga z beznamiętnym wyrazem twarzy.

- I zamierzasz się poddać? – próba podziałania na ambicje profesora chyba nie powiodła się. Ale przystanął on na moment, odwrócił głowę, lecz nie spojrzał lekarzowi w oczy.

- Mnie już nie ma. I nie mam o co walczyć. – wydusił z siebie głosem, który nie był tak mocny jak zazwyczaj. Po chwili zniknął za ścianą, wyłaniając się na korytarzu oddziału dializ, gdzie nie było ani jednej żywej duszy – cóż, tak jak wspomniałam była tylko jedna martwa.

- Znaleźli ją. – usłyszał za plecami. – Adam niedługo przywiezie Matyldę.

*


W związku z tym, że znowu wkopałam się w milion obowiązków... jakbym oprócz studiowania nie miała co robić (nie wiem co jest ze mną nie tak)- postanowiłam nie czekać aż napiszę resztę, tylko dodać co mam.
Wygląda na to że nie zakończę w jednym rozdziale tak jak myślałam.



środa, 3 października 2018

Broken. Fragment rozdziału 22.


"(...)
- Do cholery jasnej porwaliście dziecko! – wrzasnął w końcu chirurg, uciszając towarzystwo. Krew w nim zawrzała na samą myśl, że byli ofiarą okrutnego żartu.

- Nie pierwsze i nie ostatnie. – gruby mężczyzna wstał z fotela i zrobił może trzy kroki do przodu. – Tak już działamy. Między innymi. Jedno porywamy, drugie zabijamy. – widząc reakcję Adama uśmiechnął się chytrze. – Zaczynasz rozumieć doktorku. – stwierdził oczywiste.

- Tamta… Ta mała z kostnicy to też… - nie mogło mu to przejść przez gardło. Niby przeszło mu to przez myśl, ale co innego kiedy okazuję się to prawdą. – Po co to wszystko? – uścisnął mocniej dłonie na ramionach trzymanej przed sobą bratanicy.
- Musieliśmy was jakoś zachęcić do współpracy. "


Część pojawi się lada dzień :)
Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 9 września 2018

Broken. Rozdział 21.


Jak szybko potrafisz liczyć?
Trzy. Dwa. Jeden. Strzał.
Ciało pada na kolana, a potem uderza głową o podłogę, zakrywając zaskoczony wyraz twarzy ofiary. Huk ledwie ucichł odbijając się jeszcze od ścian, proch zasypuje nadgarstek oprawcy, będąc potem dowodem na to, iż była to osoba trzymająca broń, a w tempie kiedy owa dłoń opada, spod leżącego ciała wypływa lepka krew. Powoli, jakby serca wszystkich tam obecnych nagle zwolniły.
Trzy sekundy do momentu, w który ktoś umiera, trzy chwile w których może zdarzyć się wszystko. Zdążyłbyś przeanalizować sytuacje i wybrać najlepszą z możliwych opcji? Czy wystarczyłoby tobie czasu, aby zdecydować się na poświęcenie siebie samego, zajęcie miejsca ofiary? Tylko czy warto.
Jak szybko potrafiłbyś porównać wartość życia twojego i osoby mającej zaraz zginąć? Wystarczą wspomniane trzy sekundy? Przekonajmy się.
           Trzy.
Kasia podbiegła do rogu budynku i spoglądając co chwilę zza ściany zwracała na siebie szczególną uwagę. Lecz na zatłoczonej ulicy Nowigradzkiej, na której mieścił się sąd rejonowy o tej porze było na tyle tłoczno, aby nikt się tym specjalnie nie przejął. Nawet jeśli kogoś śledziła… cóż, detektyw to praca jak każda inna, mijamy tych ludzi być może każdego dnia. I nawet jeśli mecenas była brana za jednego z nich, fatalnego w swym fachu warto dodać, to żadna nowość.
Jej oczy urosły gdy dostrzegła swój cel poszukiwań. Chciała nawet puścić się za nim biegiem, lecz on zaczął iść w jej stronę, nieświadomie. Przywarła do ściany, kryjąc w ten sposób swoje drżące ze zdenerwowania ciało. Gdyby nie ilość ludzi na ulicy, zapewne usłyszałby jej ciężki oddech. W mgnieniu oka zerwała się, chwytając go za ramię, gdy prawnik mijał róg za którym się schowała. Przyciągnęła go do siebie, zaskakując mężczyznę swoją siłą.
- Katarzyna!?
- Gdzie moja córka! – patrzeli na siebie przez chwilę, on w oszołomieniu, ona w desperacji.
- Jaka… - zamrugał oczami, jakby sądził, że to wszystko tylko mu się wydaje.
- Matylda! Gdzie ją trzyma ten twój szef gangster! – wrzasnęła wściekła. – Wiem doskonale dla kogo pracujesz i przysięgam Ci, że zapłacisz mi za wszystko. Wy wszyscy gorzko tego pożałujecie! – mężczyzna zmarszczył czoło i wyrwał rękę z jej uścisku.
- Nie mam pojęcia o co mnie oskarżasz, ale groźby jakie kierujesz w moją stronę podlegają karze…
- Wiesz… - zatrzymała go. – wiesz ile dla mnie znaczy moja kariera? – przekręciła głowę w bok, jakby rzeczywiście oczekiwała odpowiedzi. – Tyle co twoja dla ciebie. A mimo tego to nic w porównaniu z tym ile znaczy dla mnie moje dziecko. Moja córka jest dla mnie najważniejsza. Mam już tylko ją. Jeśli odnaleźć ją oznacza poświęcić wszystko, to zrobię to bez wahania.
Prawnik rozejrzał się dookoła, cóż za paradoks –  sprawdzić czy ktoś go nie śledzi. Uspokoił się nieco znajdując w zasięgu wzroku tylko tłumy wychodzące z zakładów pracy i ludzi spieszących za tylko sobie znanymi sprawami, którzy wydawali się nie zauważać sprzeczki, jaka rozgrywała się pod gmachem sądu. Podszedł krok bliżej do prawniczki i raz jeszcze sprawdził kątem oka okolicę.
- Nic nie wiem – szepnął szczerze.
- Ale znasz tych ludzi. Daj mi jakiś punkt zaczepienia, a znajdę ich sama. – prychnął.
- Nie masz pojęcia na co się porywasz. – przez moment miała wrażenie, że walczył ze sobą, aby zdradzić jej coś jeszcze. Rozejrzał się kolejny raz, teraz krócej, ale uważniej. – Spotkajmy się w moim samochodzie za piętnaście minut. – prawie szepnął. Ruszył już z miejsca, lecz Kasia szarpnęła za jego marynarkę.
- Kim są ci porywacze? – syknęła, wiercąc w nim zdeterminowane spojrzenie.
- Nie tutaj! – jeśli jeszcze przed chwilą, ktoś miał wątpliwość co do jego przerażenia, teraz pozbył się tego uczucia definitywnie. Panika była nawet wyczuwalna. Cóż… dezodorant nie zawsze wygrywa walkę z potem. – Katarzyna! – był na straconej pozycji – Nie ufasz mi? – zmarszczył komicznie brwi.
- Dziwisz mi się? – uniosła jedną brew. Skapitulował.
- Dobrze. Tylko puść mnie. – skrzywiła się. – Powiem. – dodał dobitnie. Z wahaniem rozluźniła dłoń i czekała na informacje. Przetarł wierzchem dłoni mokre czoło i pociągnął powyciąganą marynarkę w dół.
- To jest koncern. – zmarszczyła brwi zbita z tropu.
- O czym ty mówisz? – po chwili przyszło jej na myśl, że Tomasz próbuje ją oszukać. – Nie próbuj mnie zwodzić, bo pociągnę cię na dno ty… - przyparty do muru wystrzelił dłonie w geście obronnym.
- Przysięgam! Narkotyki to tylko przykrywka, to jest mafia farmaceutyczna. Szukają lekarzy, którzy testują leki na pacjentach, badają ich reakcje na nie i wprowadzają ogromne ilości na rynek już legalnie. Wszystkie ślady przestępczej działalności znikają, mafia się bogaci, a lekarze zdobywają prowizje. – minął moment zanim dotarł do niej ten potok słów, wypowiedzianych w zaskakująco szybkim tempie. Cofnęła się od prawnika, który zawsze wydawał się jej tym, który tylko cudem ukończył prawo. Zawsze najgorsze sprawy, rzadko wygrane – i to jeszcze takie, których wstyd byłoby nie wygrać.
- I ty tym wszystkim koordynowałeś? – pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Nie! Katarzyno… - jego klatka piersiowa falowała, nie był w stanie na tym zapanować. – To nieszczęsny brat mojej żony. Uwierz mi.
- To skąd wiedziałeś o tym młodym chłopaku, którego skatowali? Po co mi o tym powiedziałeś?
- Z tego samego powodu, z którego ty pchasz się w sam środek tego bagna. Chcę bezpieczeństwa dla moich dzieci. – zacisnął usta, a jego oczy nie pozostawiały wątpliwości, że mówił szczerze. Zanim jednak Kasia zdążyła cokolwiek dodać, on umknął jej w tłumie zapracowanych ludzi, którzy tego dnia przemierzali miasto jakby nic wokół nie miało dla nich znaczenia.
          Dwa.
Wyobraź sobie proszę sytuacje, w której zostałabyś (bądź zostałbyś) zmuszony do przekroczenia swoich granic moralnych, bo bez wątpienia każdy takie ma. (Choć być też może tak, że mam tylko taką nadzieję.) Postawiony w sytuacji bez wyjścia, przyciśnięty do ściany. Możliwe że za takie działanie byłoby dane coś w zamian, bądź też COŚ ważnego tobie, ocalone byłoby od krzywdy. 
Ktoś. 
Weźmy to za punkt przyczepienia. Są dla nas ludzie ważni na tyle, by nie życzyć im złego. Są tacy dla których wskoczylibyśmy w ogień i w chwili ostatniego tchnienia uśmiechnęlibyśmy się wiedząc, że postąpiliśmy słusznie. Czasem wolelibyśmy wziąć cierpienie na siebie, jeśli tylko mielibyśmy taką szansę. Przykładów jest co nie miara. Począwszy od rodzica, patrzącego na swoje śmiertelnie chore dziecko, po bohaterów wojennych walczących za ludzi, z którymi jedyne co ich łączyło to język. Niesamowite do jakiego heroizmu jesteśmy w stanie się posunąć. Tylko czy granicą moralną, jaka wyznacza różnicę pomiędzy dobrym człowiekiem, a złym jest… może nie ocalenie, ale przynajmniej nie zabicie nikogo? To byłoby niesamowicie proste. 
Idąc za przykładem wojny – czy wiesz, że w komorach gazowych, po odkryciu pokrywy, dzieci leżały na samym dnie, na nich kobiety, a na samym wierzchu mężczyźni? Spoglądając w tę mogiłę ilu widzisz tam złych, a ilu dobrych? 
Niestety nie kieruje nami tylko umysł, jest też fizjologiczna potrzeba. Potrzeba snu, jedzenia, oddychania… życia. Bywa że instynkt przetrwania rządzi nami niczym dyktator. Kogo wtedy obchodzi co jest złe a co dobre. Walczysz ze śmiercią tak zaciekle, że nie starcza ci sił na moralność. Nawet gdybyś był aniołem. 
Falkowicz nigdy nim nie był, trzeba to szczerze przyznać. Za to z całą pewnością opowiadał się po ich stronie. I nawet jeśli teraz nie walczył, nie znaczy, że był zły. Jeśli popełni błąd, za który będzie musiał się obwiniać do końca życia... cóż, nawet święci grzeszyli. 
Profesor uniósł powieki, obrócił na bok ciężką głowę. Obok niego pracowała w niesamowitej ciszy maszyna, która oczyszczała jego krew z substancji, których nie była już w stanie pozbyć się jego przeszczepiona nerka. Zgięcie w którym miał założoną przetokę, widoczne było lekkie uwypuklenie. A w nie z kolei wkłuta jedna z igieł. Gdyby dotknął to miejsce można by wyczuć pod palcami coś w rodzaju „szumu”. Zła krew wypływała, wracała dobra.
Odwrócił głowę z powrotem na sufit. Dobra krew znowu nasiąknie szlamem, który będzie trzeba zebrać pojutrze. Niekończąca się wizyta w szpitalu. Do tego wieczne uczucie zmęczenia. Koszmar sprzed kilku lat znowu stanie się jego codziennością.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co oznacza wznowienie dializ. Nerka przestała pracować. Został wpisany do listy oczekujących na przeszczep. Drugi.
Nie był tym faktem jakoś bardzo przejęty. Było mu jedynie żal, że tę ostatnia nerkę otrzymał od Adama. Jego młodszy brat zostanie z tym obciążeniem do końca życia, a on… to jego i tak nie miało sensu. Był wdzięczny za to, że poznał swoją córkę. Najpiękniejszy czas jego życia, prawdopodobnie jedyny, spędził wychowując Matyldzie. Teraz kiedy przestał wierzyć, że ją odnajdzie, czuł jakby rozpadał się na kawałki. I było mu wszystko jedno. Żywy czy martwy, prawdopodobnie różnica będzie niewielka.
Przymknął powieki. Tak bardzo chciałby zniknąć już teraz. Siłą woli zatrzymać serce bijące w jego martwiej piersi. Zatrzymać oddech, byłby gotów nawet odejść w bólu. Czymże jest cierpienie fizyczne według psychicznego?
Za każdym razem powstrzymywało go dziwne uczucie. Otwierał wtedy oczy i napierał głęboko powietrza. Koncentrował się na miarowym pulsie łomoczącym w każdej części jego ciała. Było jeszcze jedno czego chciałby doczekać. Odnalezienia jej. Żywej lub… panicznie bał się tego co podpowiadał mu rozum. Miał przed oczami tamtą dziewczynkę, która mogła być jego córką. Tak bardzo skatowaną, że jego na pozór skamieniałe serce łamało się po raz kolejny. Dodał do tego informację o śmierci tego młodego chłopaka, który wciągnął jego córkę w szemrane interesy. Najgorszym było jednak to, iż nikt nie wysłał żądania okupu. Niepokoiło go to od samego początku Profesor byłby gotów zapłacić każdą cenę za swą latorośl, lecz obawiał się iż brak żądania opłaty za wolność Matyldy oznaczało najgorsze.
              Jeden.
Adam siedział w aucie zaparkowanym przed wskazanym adresem. Dom wydawał się zwyczajny, co było trochę dziwne. Z jakiegoś powodu spodziewał się choć odrobiny przepychu. Tymczasem posiadłość kojarzyła się raczej z ciepłem rodzinnym. Odłożył telefon, ostatecznie postanowił wezwać policję. Komisarz ostrzegł go, by poczekał na ich wsparcie, lecz Krajewski dostał jednoznaczne instrukcje od przestępców. Jeśli nie pojawi się sam, Matylda zginie. Tak więc zamierzał wejść do środka i mieć szansę na zobaczenie dziewczynki. Jeśli zrobiłoby się niebezpiecznie byłby na miejscu, przy swojej bratanicy. Gdy pojawią się specjaliści, dziewczynka będzie miała przy sobie kogoś, kto ją ochroni.
Robił to dla tej małej buntowniczki i brata. Andrzej nie mógłby jej teraz ocalić, nie w stanie w jaki się teraz znajdował. Ale wiedział, że Falkowicz poszedłby za nim na koniec świata. Przyszedł taki czas, że on musiał to zrobić za niego.



Jednak jeszcze jedna część. Powinna pojawić się na dniach. :)
Trzymajcie kciuki za wenę


wtorek, 4 września 2018

Broken. Drugi fragment części 21.

W ramach skromnej rekompensaty...

"Ciało pada na kolana, a potem uderza głową o podłogę, zakrywając zaskoczony wyraz twarzy ofiary. Huk ledwie ucichł odbijając się jeszcze od ścian, proch zasypuje nadgarstek oprawcy, będąc potem dowodem na to, iż była to osoba trzymająca broń, a w tempie kiedy owa dłoń opada, spod leżącego ciała wypływa lepka krew. Powoli, jakby serca wszystkich tam obecnych nagle zwolniły. "



Co mam powiedzieć... moja wena uleciała razem z potem jakiego przysporzyły nam te gorączki. 
Po prostu. 
Ale cały czas mam ogromną nadzieję, że spodoba się Wam zakończenie. Jeszcze nie wiem czy zmieszczę się w jednym rozdziale, ale do końca tygodnia pojawi się część. 

W związku z tym, że ma to być pożegnalny rozdział, nie chciałam pisać go na siłę. - to moje drugie wytłumaczenie opóźnienia :)

Ps. W związku z uśmierceniem Adama w serialu... zdradzę już pod rozdziałem. 

Wybaczcie mi i trzymajcie się ciepło.